Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ze Słowacji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ze Słowacji. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 lipca 2008

Trangoska – Donovaly- relacja Artura

Non Stop Beh Hrebenom Nizkych Tatier 49 km – nazwa biegu równie długa jak jego trasa. Zaczyna się niepozornie o 7.30 odprawą na parkingu w Banskiej Bystrzycy. Stamtąd po weryfikacji zapaleńcy głodni nowych wyzwań są przewożeni na parking na Trangoskę (1120 m). Punkt 10 rano starter dał znak do rozpoczęcia biegu. Na rozgrzewkę mieliśmy do pokonania różnicę poziomów około 600 m. Razem z Leszkiem szliśmy pod górę w łeb w łeb. Po przejściu ścieżki w lesie pozostał trawers, który prowadził już do Chaty gen. M.R. Stefanika (1728 m. Npm.) głównego założyciela republiki Czechosłowackiej. Przy chacie był umiejscowiony pierwszy z punktów odżywczych; można było się posilić czekoladą, batonikami, uzupełnić zapasy wody. Po szybkim uzupełnieniu zapasów skręciliśmy na północny-zachód na dla nas właściwy czerwony szlak, który miał nas poprowadzić do mety. Trasa biegu złagodniała i prowadziła po stosunkowo płaskim terenie, ale było to tylko złudne wrażenie. Trasa dalej ciągła się do góry aż pod najwyższy szczyt Niskich Tatr Dumbier do Krupowej Holi (1927 m). Jeśli weszło się na górę trzeba i z niej zejść i tak było w tym przypadku. Chwila wytchnienia i można było zbiegać przez Demanovskie Siodło aby znów zaliczyć podbieg po równo ułożonych głazach pod Chopok do Kamiennej Chaty (2000 m). Tam nie wierzyłem własnym oczom na punkcie żywnościowym stała butelka śliwowicy. Zdrowy rozsądek Leszka i mój nie pozwolił na degustację tego zbawiennego trunku. Jeszcze nie teraz. To dopiero początek biegu, mieliśmy dopiero 10 km za sobą.
„Walka” miała się dopiero rozpocząć. Trasa zdecydowanie złagodniała i głównie miała charakter spadkowy z kilkoma mniej lub bardziej wymagającymi podbiegami. Była duża szansa na odrobienie strat a trzeba było się spieszyć, bo w przeciwieństwie do poprzednich lat wprowadzono limit czasowy, co osobiście uważam za zamykanie „drzwi” przed wolniejszymi biegaczami.


Od miejsca rozłączenia się z Leszkiem starałem się biec jak najwięcej nawet pod mniejsze podbiegi. Bardzo mnie do tego mobilizował pewien Słowak, który podążał moim śladem. Wspólnie wyprzedzaliśmy kolejnych biegaczy. Mniej więcej na 25 nasze drogi się rozeszły. Postanowiłem sobie spokojnie podjeść (nie jestem wyznawcom żeli ani żadnych PowerStarów – źle na mnie dzialaja podczas wysiłku) chlebkiem i kabanosikami. Tam tez odetchnąłem na polance wytrząsając kamienie z butów i skarpet. Po krótkim odpoczynku dalej do przodu, już widać Wielką (1753 m) i Małą (1715 m) Chochulę kolejne jeden z ostatnich dłuższych podejść. Po drodze udało mi się dogonić Słowaka, z którym dalej biegliśmy na Chochulę z małą przygodą. Podczas małego zbiegu zaliczyłem „lotkę”. Na szczęście przekoziołkowałem na miękkim podłożu, a upadek zamortyzowały plastikowe butelki w plecaku. We dwójkę w dość dobrym tempie „wdrapaliśmy” się na Wielką Chochulę, gdzie był umiejscowiony przedostatni punkt żywnościowy. Niestety, nie można było do woli posilić wodą – a tego brakowało w tym momencie najbardziej. Wykorzystując, że inni biegacze odpoczywali i mając w pamięci długi 2 kilometrowy zbieg z Małej Chochuli popędziłem co sił do przodu, aby nie przeciskać się z innymi między kosodrzewinami.
Zbiegało się najpierw wśród kosodrzewiny po kamieniach, gdzie trzeba było bardzo uważać, później kosodrzewina przeszła w las i leśną szeroką ścieżką można było już popędzić w dół. W Hladelskim Sedle po wybiegnięciu z lasu był umiejscowiony ostatni punkt żywieniowy z limitem czasu 6 godzin. Dla tych, którzy tutaj dobiegną po tym czasie zapraszano do czerwonego Land Rovera, który odwoził zawodników do Donovalów. No na szczęście mnie to ominęło. Po ochłonięciu czekał bardzo ciężkie podejście na Kozi Chrbat tym bardziej ciężkie, że już prawie 40 km. Na Kozim Chrbat doścignął mnie „nasz” znajomy Słowak, który pozostawił mnie 200 m za sobą. Nie mogłem teraz tego tak odpuścić. Kolejna mobilizacja organizmu i do przodu. Na szczęście w siodełku mogłem uzupełnić butelki wodą, którą się polewałem. Słowak był wciąż przede mną, a trasa wcale nie była prosta. Po Kozim Chrbacie do przebycia była jeszcze rozległa polana a później jeszcze las, który krył małą niespodziankę w postaci jeszcze jednego wyczerpującego podbiegu ale za to ostatniego. Tam udało mi się dogonić mojego „towarzysza”. Po tym było tylko w dół między drzewami po leśnej ścieżce, drodze szurtowej, drodze asfaltowej. W końcu wybiegliśmy z lasu i zaczęły się pierwsze zabudowania do mety zostało nie co więcej niż 2 km. Już uśmiechnięci i szczęśliwi biegliśmy wspólnie do mety, którą osiągnęliśmy po 6h 22min. W pierwszej chwili nie mogłem dojść do siebie, ale po jakimś czasie było już lepiej. Leszek do mety dobiegł po 7h 08 min. Obydwoje poprawiliśmy swoje ostatnie czasy. Niestety „nasza” Daria tym razem (ma już ukończone 2 edycje tego biegu) nie dobiegła do mety (limit czasowy pozbawił ją tej szansy).

Podsumowanie
Ilość podbiegów 2187 m
Ilość zbiegów 2327 m

wtorek, 11 grudnia 2007

Żyliński Hamburg nr 78 ( 9.12.07) volume 2

Moja wycieczka się jeszcze nie skończyła. Mam wolne popołudnie i nagle zdaję sobie sprawę , że przebywam w kraju , który w 2002 roku został mistrzem świata w hokeju , a w następnych latach zajmował miejsca w ścisłej czołówce. Miejscowa drużyna: „Wilki” podejmuje drużynę z Nitry. Nie jestem fanem hokeja , ale kunszt potrafię docenić, interesuje mnie też otoczka imprezy, a lodowisko znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie dworca kolejowego ( a wiec blisko).
Lodowisko w Żylinie to spory kompleks, w którym ważną rolę odgrywa duży pub, ponadto bezpośrednio przy wejściach do sektorów znajdują się bufety, które serwują piwo Corgoń , trzy rodzaje wódek i kiełbasę. Ludzie raczej nie siedzą sztywno na swoich krzesełkach oglądając mecz , lecz poruszają się po osi widownia-bufet-widownia-pub. Bilety dostępne są w trzech cenach 30,60 i 90 koron. W całym obiekcie widać sporo dziewczyn, ludzi w różnym wieku , kibice obu drużyn są przemieszani, nieagresywni – całość sprawia wrażenie imprezy typowo towarzyskiej.
A mecz? Hokeiści i sędziowie wjeżdżają na lód następuje krótka rozgrzewka: co to za choreografia ? Chyba walc. Pięknie rozgrzewają się sędziowie – widać, że są świadomi publiczności i chcą się jej zaprezentować.
Rozpoczyna się mecz i teraz nie mam wątpliwości – wszystkie skojarzenia wiążą się ze światem hiszpańskim: bramkarz tańczy flamenco, rozjuszony ale też pełen gracji napastnik pędzący z krążkiem – corrida, atak pozycyjny to pełne zwrotów i napięcia tango.
Ogladając hokej często zwracamy uwage na bójki, brutalne faule i przepychanki. Zdałem sobie sprawę, ogladajac ten mecz, że na całą rzecz można spojrzeć inaczej: zawodnicy pomimo, iż są silni, szybcy, szalenie zmotywowani, bardzo dbają o to żeby do kolizji, uderzenia, brutalnego zagrania nie doszło, czasami wymaga to sporej finezji, a efekt? ... to brawa ze strony widzów. Rozumiem też dlaczego kije hokejowe są z drewna , a nie z „supernowoczesnego materiału” – chodzi o to, żeby przy przypadkowym uderzeniu kijem zawodnika rozpadł się kij , a nie zawodnik ( tego wieczoru połamane zostały trzy kije).
p.s : Drużynie z Żyliny raczej się nie wiedzie w tegorocznych rozgrywkach ( w odróżnieniu od piłkarzy , którzy są na pierwszym miejscu w lidze), wiecej:
http://www.hokejzilina.sk/
Auror: Leszek Naziemiec

poniedziałek, 10 grudnia 2007

Żyliński Hamburg nr 78 ( 9.12.07)

Będąc na wycieczce na Słowacji , nie mogłem nie wystartować w maratonie , który organizowali akurat dobrzy znajomi. Trasa znana , zawodników mało, czułem, że moi towarzysze myślą, żeby jakoś „przeżyć” ten maraton a potem iść się rozluźnić do knajpy. Walka sportowa jednak była: Szanio , mimo , iż biegł dzień wcześniej maraton postanowił, że nie da się łatwo młodziakowi , czyli mnie. Walczyliśmy sportowo do samego końca. Mogę powiedzieć, że takie zachowanie 60-letniego kolegi to dla mnie zaszczyt, ponieważ były czasy, w których w biegach , a szczególnie w cyklistyce mało kto mógł się z nim równać.
No ale jesteśmy już na piwie. Siedzimy w czwórkę: Szanio, Miro, Vlado (biegł 10km) i ja.
Szanio zaczął mówić o ludziach, którzy notorycznie skracają trasę: że go to denerwuje, że tego nie rozumie , a także , że dobra trasa maratonu to taka , gdzie jest mało możliwości skracania.
Ja na to: co mnie obchodzi, że ktoś skraca , czy inaczej oszukuje? Mnie to nie boli, ja pilnuję siebie, a on oszukuje siebie. Wyników nie robimy, jest to tylko zabawa.
Ale Miro na to: Mnie też to nie boli , tylko że chodzi o co innego. Zawsze powinno się zgłosić sędziemu, że ktoś oszukał.
Ja: dlaczego?
Miro: ponieważ taka osoba daje zły przykład. Następny zawodnik to zobaczy i zrobi to samo, taka jest praktyka.
No tak , myślę głośno popijając staropramena w knajpie, a jak przyjdzie nowicjusz pełen szczytnych idei i od razu zobaczy szwindel ? To będzie „zgorszenie” i może przestanie chcieć startować lub zacznie już zawsze grać nie fair.
Bolesne jest, że jesteśmy znajomymi , kumplami , sportowymi przeciwnikami , a oszukujemy się. A jak będzie z nami poza areną sportową?
Spotkanie przy piwie było tego dnia dłuższe niż zazwyczaj.
c.d.n niebawem
Wasz korespondent z Żyliny Leszek Naziemiec

sobota, 24 listopada 2007

Kostki lodu…. - (bijąca przewrotnym optymizmem) relacja Joela z Żylińskiego Hamburga 16.11.2007

Gdy wstałem 16 listopada 2007 roku za oknem była prawdziwa zima.. Biały krajobraz zasłonił wszystkie szarości świata zewnętrznego. Nie sposób było oderwać oczu od pięknego widoku drzew pokrytych białymi czapkami… tylko, że następnego dnia miałem wyruszyć rano do Żyliny na specjalną edycję tamtejszego maratonu. Simon Alexander obchodził swoje 60 urodziny. Na początku roku postanowił, że do dnia urodzin przebiegnie 60 maratonów . Z postanowienia wywiązał się z nawiązką, przebiegł 65 maratonów. Grupa ślimaków chciała uczcić to wydarzenie biorąc udział w tym szczególnym maratonie. Komunikaty z piątkowego ranka nie były zbyt optymistyczne.. drogi zasypane, przejścia graniczne zablokowane przez ciężarówki. W Czechach i Słowacji biały puch też narozrabiał na drogach. Całe szczęście śnieg przestał sypać jeszcze przed południem, więc była nadzieja, że przez kilkanaście godzin sytuacja na drogach „znormalnieje”. Tak się też stało, gdy w sobotę o godzinie 05.00 wyjeżdżałem z Siemianowic nie napotkałem żadnych problemów, no może tylko zmartwiła mnie niska temperatura, ale w czasie jazdy to nie przeszkadza. Do Żyliny dotarłem zgodnie z planem. O godzinie 08.00 w Żylińskim parku zebrała się spora grupka biegaczy, w tym troje ślimaków: Daria, Artur i ja. Był też Leszek, ale zajął się dziećmi i na czas biegu zabrał je, moją żonę i siostrę na wędrówkę po mieście. Temperatura niestety nie była dla nas łaskawa. Niebo pokryte było chmurami. Atmosfera jednak była miła i przyjazna. Na starcie spotkała się grupa zaprzyjaźnionych biegaczy, którzy nie oczekują nagród, uznania, ale biegają dla przyjemności. Gorące przywitania, krótkie rozmowy, Simon udzielał wywiadu…. jeszcze pamiątkowa fotka :

i wszyscy ruszyli na start… Ile razy pisałem relacje z Żyliny ? Naliczyłem trzy. Co więc można nowego napisać o czterdziestu dwóch jednokilometrowych kółkach ? Do tego ostatnia opowieść jest sprzed niecałego miesiąca… ale jak to bywa w naszym życiu i ta wyprawa była inna, wyjątkowa. Przede wszystkim wszyscy przybyli na start żeby uczcić uroczystość Simona, zawsze uśmiechniętego, skorego do żartów i rozmów.

Stanęliśmy więc na starcie wśród drzew pozbawionych już liści, na alejce pokrytej lodem. Otaczało nas zimne powietrze przenikające nas na wylot. Chwila koncentracji i ruszyliśmy. Zacząłem kolejny maraton. Simon ruszył bardzo szybko, przez pewien czas biegłem z nim, ale raczej po to żeby się rozgrzać. Nie miałem zamiaru łamać życiowych rekordów, a poza tym cały czas odczuwałem skutki niedoleczonego przeziębienia. Kilka kółek biegłem jednak dość szybko, potem zwalniając. Zimno nie ustępowało, chociaż było już mniej odczuwalne. Na trasie zdarzały się fragmenty lodu i trzeba było uważać, żeby bieg nie zamienił się w „upadek” figurowy na lodzie…

Ten Żyliński skrawek parku wydawał mi się tym razem smutniejszy, przygnębiający, każdy zakręt zamiast przynosić radość zbliżania się do końca, dostarczał bólu, zmęczenia, myśli krążyły wśród nierozwiązanych spraw. W głowie pojawiały się coraz to nowe myśli, ale przebyte kilometry nie zbliżały do rozwiązania, do odkrycia nowych wyjść. Więc biegłem w poszukiwaniu, mając nadzieję, że może jednak coś błyśnie. Błysnęło na chwilę słońce, rozgrzewając biegaczy i sędziów. „W końcu słońce wzejdzie też w życiu…” – usłyszałem. Wierzyć to znaczy oczekiwać. Czekać na te promienie… i wtedy i dzisiaj nie jestem przekonany, że to ciepło jest dla każdego. Nie wszystkim zaświeci w twarz jasne światło, które ogrzeje i napełni fotonami pozwalającymi stawiać czoła nowym wyzwaniom. Niektórzy muszą zmagać się z zimnem i ciemnością, przynoszącym tylko ból i rozczarowanie. Może wtedy lepiej odejść w niedostępne rejony świata, żeby nie zabierać ciepła innym… Zmagając się z takimi i innymi myślami pokonywałem kolejne okrążenia. Raz mijałem niektórych biegaczy, to znowu oni doganiali mnie i prześcigali. Nie miało to większego znaczenia, z każdym krokiem zbliżałem się do mety biegu. Temperatura niestety nie wzrosła – słońce szybko się schowało. Jak to bywa na Żylińskim Hamburgu na stoliku gościła tylko woda, jakiś sok i gorąca herbata. Jednak okazało się, że w kubeczkach z wodą i sokiem jest coś do jedzenia.. to były kostki lodu!!! Po połknięciu kilku na pewno każdemu biegaczowi przybyło energii, mi nie – bo ja żywię się fotonami, których wokół mnie jest coraz mniej….

Bieg ukończyło czternastu zawodników. Ślimaczki dobiegły do końca maratonu w dwuosobowym składzie ( ja i Daria), Artur zakończył zmagania –zgodnie z planem – na półmaratonie. Cały maraton tym razem przebiegło osiem osób.

Pełne wyniki ( za www.42195.sk) :


1. Naziemiec Daria 76 POL Slimak Bytkov 4:23:36


1. Tichý Peter 69 SVK ŠKP Čadca 3:22:24

2. Simon Alexander 47 SVK DS Žilina 3:39:19

3. Drygalski Dominik 63 POL Zakład Taboru Bydgoszcz 3:47:55

4. Kriško Miroslav 57 SVK 42195.sk 3:57:43

5. Mariusz Ciesiński 70 POL Ślimak Bytków 3:58:07

6. Krumer Miroslav 49 CZE Ostrov 4:08:21

7. Březina Jiří 39 CZE SK Přerov 4:25:38

8. Ružbarský Ján 66 SVK SEZO Žilina 2:02:20 25 km

9. Neslušan Miroslav 70 SVK MŠK Kys. N. Mesto 1:31:30 1/2M

10. Požár Ivan 37 SVK AK Žilina 1:57:51 1/2M

11. Kubica Artur POL Slimak Bytkov 1:59:42 1/2M

12. Michalík Marian 52 SVK AK Žilina 1:20:30 14 km

13. Seitl Otto 52 CZE MK Seitl Ostrava 21:23 3 km

Po maratonie, biegacze i inni zaproszeni gości na zaproszenie Simona udali się na uroczysty obiad. Były życzenia, przemówienia, prezenty. Dobrego jedzenia i picia nie zabrakło dla nikogo, szkoda tylko, że trzeba było opuścić to miłe grono i wracać do świata, który znowu trochę się zmienił, stał się mroczniejszy i bardziej niezrozumiały. Gdzie jest słońce, którą drogą do niego dojść…?

Joel

poniedziałek, 29 października 2007

Żyliski Hamburg kolejna odsłona 28.10.2007 - autorstwa Joela

Zawsze staram się wstać przed świtem. Lubię ten moment kiedy wszystko wokoło powoli jaśnieje od wschodzącego słońca. Zawsze wtedy budzi się we mnie energia pozwalająca na przeżycie kolejnego dnia, na stawianie sobie nowych celów i przezwyciężanie swoich słabości. Świt daje nadzieje, że ten kolejny dzień przyniesie nam coś nowego, pozwoli na zdobycie nowych doświadczeń które nas wzbogacą. Tylko co mogła przynieść ta sobota… dzień już wstał, siedziałem z kubkiem kawy przy oknie za którym zrobiło się tylko trochę jaśniej niż było nocą. Ciężkie chmury zakrywały niebo, a ich ołowiany kolor rozszerzał się na cały świat. Blask z ekranu komputera delikatnie rozświetlał ciemne pomieszczenie. Od pogrążania się w uzależnieniu komputerowo – internetowym oderwał mnie dzwonek do drzwi. Siódma rano, sobota … któż jeszcze może nie spać ? Przed drzwiami stał Leszek, uśmiechnięty, pełen życia – poddawał się jednemu z naszych ulubionych zajęć, czyli biegał. Wpadł tylko na chwilę, pogadaliśmy – no i jak to on, zaproponował niedzielny wypad do Żyliny… a ja w niedzielę rano miałem zaplanowany dyżur w pracy. Aż mi kiszki skręciło, dawno tam nie byliśmy, a i organizm domaga się jakiegoś dłuższego pobiegania… Po wyjściu Leszka złapałem za telefon. Uff, całe szczęście w pracy nie wszystkim zalazłem za skórę  i w niedzielny ranek zgodziła się dyżurować koleżanka. No to załatwione….. w niedzielny ranek, o 05.00 zatrzymałem samochód przed Leszka blokiem. Podróż upłynęła nam szybko, drogą zatopioną we mgle, na rozmowie o tym i owym.

Jak inna to była droga niż ta 28 kwietnia 2007 roku, kiedy pierwszy raz jechałem na „Żyliński Hamburg”. Niby za oknami samochodu ten sam krajobraz, ale my już inni… Nie miałem już ze sobą zielonej książeczki, tylko kawałek plastiku stwierdzającego moją tożsamość; w tym czasie przebiegłem kilkanaście maratonów; zmieniłem się zewnętrznie i wewnętrznie.

Cieszyłem się, że znowu razem z Leszkiem staniemy na starcie i będziemy zmagali się z maratońskim dystansem. Każdy z nas osobno, przez kilka godzin w zamyśleniu i kontemplacji będzie biegł, rozważając swoje myśli. Jednak – jak zawsze – jeden drugiego będzie wspierał, zachęcał do większego wysiłku i sprawdzał, czy wszystko w porządku.

W Żylińskim parku zameldowaliśmy się na 40 minut przed czasem - trzeba było poczekać na resztę zawodników. Tuż przed godzina ósmą w stałym miejscu pojawił się stolik z wodą i kubeczkami, no i zjawili się pozostali zawodnicy : Simon Alexander, Krumer Miroslav, Kriško Miroslav, Tichý Peter, Krčmárik Vladimír. Jeszcze chwilę rozmawialiśmy, potem tradycyjnie Krisko zrobił pamiątkową fotkę i wszyscy stanęli na starcie. Parę minut po 08.00 wystartowaliśmy. Trasa jak zawsze na tym biegu to jednokilometrowe pętlę dokładnie oznaczone wokół niewielkiego parku. Na alejach i trawnikach leżały suche liście, drzewa mieniły się całą paletą jesiennych kolorów. Przed starem było trochę zimno – temperatura powietrza wynosiła około 07 stopni Celsjusza. Całe szczęście nie padało, ale nad nami wisiały ciężki chmury. Od razy po starcie razem z Leszkiem wysforowaliśmy się do przodu – pozostali uczestnicy byli zmęczeni, a to po Żylińskim Hamburgu, który biegali dzień wcześniej, a to innymi startami. Pierwszy kilometr przebiegliśmy w tempie 04:17 – oj za szybko, za szybko.... potem nieco zwolniłem, ale starałem się utrzymywać w miarę szybkie tempo. Leszek zwolnił bardziej, ale przecież znam go doskonale i wiedziałem, że koniec będzie należał do niego. Pozostali biegli znacznie wolniej. Na początku biegło mi się całkiem dobrze. Kolorowe liście na drzewach i pod nogami tworzyły fantastyczną scenerię, pozwalającą oddać się kontemplacji. Po kilku kółkach udało mi się rozgrzać. Kółeczka mijały w niezłym tempie, myśli krążyły od jesiennych liści po inne ważne sprawy. Maraton to nie tylko wyczyn sportowy, to wspaniały czas który można wykorzystać na pobycie z samym sobą, na wewnętrzną rozmowę o sprawach ważnych i całkiem błahych.... Wysiłek fizyczny jaki trzeba włożyć w pokonanie tego dystansu dobrze robi ciału, a czas spędzony na rozmyślaniu duszy i umysłowi. Same korzyści..... Po kilkudziesięciu minutach nad parkiem zajaśniało słońce !!! Promienie ogrzewały nas, rozświetliły też park, który stał się jeszcze bardziej kolorowy. Cudowne barwy od żółtej do brązowej rozbłysły pełną gamą. W parku pojawiło się kilku spacerowiczów, niektórzy utrwalali jesienne barwy robiąc zdjęcia wspaniale wyglądającym drzewom. My dalej biegaliśmy i rozmyślali.... Po upływie kolejnych minut poczułem na sobie drobne kropelki deszczu, ale słońce cały czas świeciło.... zwiastun zmiany ? Deszczyk był mały i nawet nas zbytnio nie zmoczył, ale gdy przestał padać niebo zakryły chmury. Świat wkoło znowu zrobił się szary, ponury, smutny... Po przebiegnięciu trzydziestu paru kilometrów poczułem, że siły mnie opuściły... biegłem coraz wolniej, w brzuchu czułem straszny ból, nogi zrobiły mi się jak z waty. Po kolejnych kółkach świat zaczął wirować mi przed oczami, słabłem praktycznie z każdym krokiem. Leszek – którego mniej więcej w połowie zdublowałem – odebrał co jego i ruszył nadrabiać straty, szybko przesuwał się do przodu. Wiedziałem, że koniec będzie jego. Ostatkiem sił zmobilizowałem się i ruszyłem trochę szybciej. Ból i zmęczenie były okropne. Całą swoją wolą musiałem walczyć, żeby się nie poddać.. Do końca zostały trzy okrążenia – już wiedziałem, że Leszek nie zdoła mnie dogonić... ale gdyby zostało więcej kołek na pewno by to zrobił. Miał ogromny zapas energii, jakby przebiegł tylko kilka kilometrów a nie prawie czterdzieści... Maraton ukończyłem w czasie 03:29:58 i padłem na ławkę prawie nieżywy....marzyłem tylko o tym, żeby mnie ktoś dobił... ale nikt tego nie zrobił, więc musiałem się pomęczyć.. Leszek zakończył z czasem 03:33:54 – i to jest jego najlepszy czas w maratonie. Gratuluję życiówki !!!! Niestety mieliśmy mało czasu i zaraz po biegu musieliśmy wskakiwać do samochodu i wracać. Do naszych żon, dzieci, domów. Każdy do swoich codziennych spraw. Wróciliśmy... a może jeszcze jesteśmy w drodze?

To był kolejny wspaniały wyjazd który zawdzięczam Leszkowi, więc dziękuje !!! i do następnego wspólnego biegania...

Wyniki niedzielnego biegu ( pochodzą z http://www.42195.sk/)


Žilinský Hamburg č. 72/33 - Žilina 28. 10. 2007

1. Mariusz Ciesiński 70 POL Ślimak Bytków 3:29:58

2. Naziemiec Leszek 74 POL Ślimak Bytków 3:33:54 PB

3. Simon Alexander 47 SVK DS Žilina 3:50:59

4. Krumer Miroslav 49 CZE Ostrov 3:55:26

5. Kriško Miroslav 57 SVK 42195.sk 4:02:34

6. Tichý Peter 69 SVK ŠKP Čadca 1:34:43 1/2M

7. Krčmárik Vladimír 54 SVK HGM Žilina no time 10 km

poniedziałek, 20 sierpnia 2007

Slovakman według Leszka – relacja z długiego triathlonu

Organizacja zawodów:

Bliska ideału i było to dla mnie miłe zaskoczenie. Spodziewałem się typowej Słowackiej imprezy: niskobudżetowej ze świetną atmosferą i tyle. Tutaj było inaczej: doskonała logistyka, sporo sponsorów, ponad stu woluntariuszy – pełen profesjonalizm lecz bez masówki i anonimowości, z którą się spotykam na niektórych dużych imprezach. Nasuwa mi się jedno porównanie jeśli chodzi o poziom organizacyjny –100km w Biel!

Sędziowie, organizatorzy, woluntariusze, personel, zawodnicy sztafet mieli inny wzór i kolor koszulek z logo Slovakman, co umożliwiało szybką orientację w razie potrzeby. Wpisowe wynosiło 1200 koron słowackich, które należało zapłacić we wcześniejszym terminie; kiedy dotarło się do biura po odbiór „pakietu startowego” organizator oddawał połowę kwoty. W obrębie stadionu, na polanie można było rozbić namiot i korzystać z zaplecza obiektu – wyrosło tam małe ironmiasteczko namiotowe.

Pływanie:
Pływało się w jeziorku Szurany (na południe od Nitry). Widocznie w tym regionie mieszka spora mniejszość węgierska, bo tablice informacyjne są dwujęzyczne. Plaża piaszczysta, woda czysta i ciepła , 23-24 stopnie. Trasa w wodzie to 4 pętle, po każdej z nich wychodzi się z wody i obiega dużą dmuchaną boję. Dobrze widoczne dmuchane boje znajdowały się na całej trasie w kształcie trójkąta, przy bojach stacjonowali płetwonurkowie.
Bezpieczeństwo pływaków zapewniała też obstawa w łodziach.
Po zakończeniu etapu pływackiego, każdemu zawodnikowi pomagał jeden z organizatorów na punkcie zmian.

Rower:
Najpierw 30km dojazd na pętlę , następnie pętle także 30 kilometrowe. Przewyższenie trasy 740m, na każdej pętli spory podjazd, brak odcinków zupełnie płaskich. Punkty żywnościowe co 15 km: wymiana bidonu (izo,woda,kola) banany, batony energ. i żele. Samochody niekiedy były puszczane w ruchu wahadłowym ale nie stanowiły zagrożenia. Jazda bez podciągania ( bez draftingu), nie wymagana szosówka.

Bieg:
Woluntariusz pomaga na punkcie zmian. Pętla 7km, co 3,5 km punkty odżywcze. Na punkcie oprócz tego co wcześniej dodatkowo: ciasto, arbuzy, piwo. Początek i koniec pętli na stadionie – trasa częściowo szutrowa przez park, następnie koło rzeki, wbieg do drugiego parku – w sumie malownicza ( połowa z ekspozycją na słońce).

Kibicowanie:
Dobre na punktach zmian, trasie biegu, stadionie; na rowerze raczej „samotność długodystansowca”.

Wieczorne zakończenie imprezy:
Z wielką pompą tzn. pieczony świniak , pasta party, dymy na scenie i telebim (aż się Daria wzruszyła i zaczyna się szykować do przyszłorocznego startu), bogata tombola.

Kącik gadżeciarza:
Oryginalny medal w kształcie litery S, koszulka, ręcznik i pełno drobiazgów.

Zwycięzca:
Petr Vabrousek – prawdziwy tytan , w 2006 zdobył puchar świata w długim triathlonie, potrafi startować ( z dobrym wynikiem) 12 ironmanów w roku, także „ dwupaki” – tydzień po tygodniu. Zaczynał od wioślarstwa, teraz angażuje się także w organizację imprez.


Pierwsza kobieta:

Andrea Dermekova ze Skalicy – ma już na Koncie IM na Hawajach (czas 10:48, miejsce 121 na 220 startujących kobiet, w kategorii wiekowej miejsce 9 na 25 ). Zimą trenowała jazdę na rowerze w Egipcie , codziennie 120 do 180 km, plany na ten rok: stać się profesjonalną triatlonistką, mistrzostwa świata w długim triathlonie.

Druga kobieta:
Jiřina Kociánová z Krenovic – w tym roku jako jedyna kobieta ukończyła cały Czechosłowacki puchar w długim triatlonie (wcześniej startowała w Moraviamanie)


Inne długie triathlony w Czechach to Moraviaman i Żeleźniak

Bigman jest imprezą dwudniową, odbywa się w Pradze. W pierszym dniu startuje się w terenowym triatlonie 1,5/30/10 , trasa rowerowa i biegowa jest mocno przewyższona. Drugi dzień to klasyka: 3,8-180-42. Pływanie odbywa się na Wełtawie (pętle).

Więcej na temat zawodów Slovakman na stronie organizatora: www.slovakman.sk


Moje przygotowania do Slovakmana:
- jesienią regularnie pływałem, potem już bardzo mało (0d 1stycznia
do ironmana ok.100km)
- zimą i na wiosnę przebiegłem kilka maratonów przygotowując się
do czerwcowego biegu na 100km w Biel.
- na rowerze jeżdżę do pracy 30 do 50 km dziennie, w lipcu
przejechałem 4 razy po 100km i byłem na rodzinnej wycieczce rowerowej Górach Orlickich.

...czyli poziom wytrenowania żenujący - dziwię się, że start wyszedł
bez większego bólu i kryzysów (pewnie za bardzo się bujałem w wodzie i
nie pracowałem pożądnie na rowerze), maratonu szybciej nie mogłem.
Mam wrażenie, że bieg na 100km to o wiele większe wyzwanie niż ironman ( zgodnie z zasadą Darka Bonarskiego: najgorzej jest jak masz dużo "tego samego" - zmiana daje ulgę).
Długie triatlony bardzo mi się podobają, dlatego
w przyszłym roku mam zamiar wziąc udział w kolejnych takich zawodach.

wtorek, 29 maja 2007

Historia dwóch kontuzji i dwóch lekkich urazów. Ślimaki ruszają na 55 Žilinsky Hamburg.- relacja Joela

Szanowni państwo, jaka była pogoda w ostatnie dni ( czyli przed 27 maja 2007 roku) każdy widział. Już 20 maja 2007 roku niektórych podpiekło słoneczko…. Więc grupa ślimaków postanowiła znaleźć miejsce gdzie mogłyby opuścić swoje skorupy i pobyć trochę w środowisku bardziej wilgotnym. Analiza prognoz pogody wskazywała, że w dniu 27 maja 2007 roku najbardziej optymalnym miejscem na ziemi do takich poczynań będzie słowacka Żilina. Prognozowana temperatura miała być wprawdzie niezbyt niska, ale zapowiadano deszcz i burze. Nie pozostała nam nic innego jak zorganizować wypad do tej pięknej miejscowości. Leszek Naziemiec, Adam Jageła i ja umówiliśmy się na start o 05.15. Mieliśmy podjechać na dworzec PKP po Jerzego Wykę, który miał przyjechać pociągiem ze Szczecina, gdzie brał udział w zawodach kolejarzy ( jakiś dziwny wielobój..) Niestety Jerzy nie dojechał – podczas sportowej walki z innymi kolejarzami doznał kontuzji nogi….. gdy teraz to analizuję to wydaje mi się, że to był znak….. wracając do tematu : ruszyliśmy w trzech. Słoneczko wprawdzie czasami chowało się za chmurki, ale nie zwiastowały one żadnych opadów. Do Żiliny dotarliśmy o 07.30. Zapomniałem dodać, że nasza chęć zmoczenia się była połączona z nieodpartą ochotą na przebiegnięcie standardowego w naszym środowisku dystansu 42.195 km… a właśnie tak się złożyło, że w dniu 27 maja 2007 roku w miejscowym parku miał odbyć się „ M e z i n á r o d n í M a r a t o n M í r u K R U M E R A” . To kolejna 55 edycja Žilinskego Hamburga – imprezy organizowanej przez Kriško Miroslava i Simona Alexander. Piękny maraton przy minimalnej organizacji. Tym razem cały bieg był dedykowany Miroslavovi Krumerowi (rocznik 1949), Czechowi przybyłemu z Ostrawy, który miał przebiec swój setny maraton. Miru zaczął biegać w 2000 roku, ważył wówczas 100 kilogramów. Teraz schudł do około 80 kilogramów i świetnie sobie radzi na maratońskich trasach. Krisko na tą okazję przygotował specjalne numery, a właściwie dla wszystkich jeden numer : 100…. Już tradycją Žilinskego Hamburga jest, że startują w nim Polacy, Czesi i Słowacy. Tak też było i tym razem. Na starcie stanęło jedenastu zawodników, oprócz naszej trójki, organizatorów i jubilata przybyli jeszcze : Brezina Jiri (1939), Krcmarik Vladimir (1952), Cuntala Juraj (1951), Belko Stefan (1988) i Tichy Peter (1969)- postać niebagatelna, olimpijczyk w chodzie ( Ateny 1996 rok – 32 miejsce w chodzie na 50 km, Sydney 2000 rok – 17 miejsce w chodzie na 50 km, jego najlepsze wyniki to : bieg - 10km -31:27 maraton-2:27:53,chód-3km-11:39,5km-19:39,10km-41:33,20km-1:24:17,50km-3:51:22,100km-9:02:00 -rekord Słowacji). Przed startem Kristo zafundował nam sesje zdjęciową i o godzinie 08.20 wystartował 54 ŻH. Wspomnę tylko, że marzenia niektórych ślimaków o deszczu i chłodzie spełzły na niczym. Słoneczko pięknie przygrzewało, a temperatura powietrza wynosiła około 20 stopni Celsjusza. Jak można się było spodziewać nasze „Śmigające Stopy” czyli Adam Jagieła od razu objął prowadzenie. Narzucił sobie (innym nie, bo nikt nie podjął z nim walki) bardzo szybkie tempo i już do końca pozostał niedościgniony. Pozostali w wolniejszym tempie rozpoczęli zmagania z upałem i trasą biegu. Należy zaznaczyć, że Krisko, Simon i Krumer dzień wcześniej też przebiegli maraton ( była to 53 edycja ŻH), a Tichy Petr zaliczył 30 km. Nie było jednak po nich widać zmęczenia, byli radości i pełni energii. Od początku biegu Leszek narzekał na lekki uraz kostki, która go pobolewała. Boląca kostka i upał ukształtowały strategię Leszka na bieg – niezbyt szybko, ale wytrwale do celu. Jeszcze przed startem Leszek postanowił zabezpieczyć swoją Coca-Colę (ostatnio dzieciaki podprowadziły mu butelkę tego niezdrowego napoju) i nakleił na nią trupią czaszkę……miała odstraszyć potencjalnych niegodziwców chcących pozbawić go źródła energii … pomysł okazał się skuteczny, ale i dzieciaków w parku było jakby mniej. W ogóle tym razem, nieco inaczej niż podczas naszej poprzedniej wizyty, park był raczej pusty. Pojawiło się paru spacerowiczów, zjawili się też inni biegacze (chyba z trzy osoby), ale generalne do końca biegu alejki były puste. Oczywiście jak w każdym parku trzeba było czasami uprawiać skok przez smycz…..Mniej więcej po godzinie od startu ilość dostarczanych nam fotonów nieco zmalała – małe chmurki zawisły nad żylińskim zielonym skwerkiem i nadzieja na lekkie skropienie biegaczy wzrosła. Jednak – jak to z nadzieją bywa – okazała się złudna. Po chwili słoneczko ponownie zaczęło królować na niebie, nie ustępując już do końca. Około południa temperatura wzrosła do 30 stopni Celsjusza i chociaż część trasy przebiegała wśród drzew, to gorące powietrze dopadało nas wszędzie. Każdy swoim rytmem starał się pokonać te warunki. Niestety na 21 kilometrze zacząłem odczuwać ból w prawej nodze…pozostałość po nocnym skurczu. Towarzyszyl mi on przez około cztery kilometry. Gdy minął miałem nadzieję, że pożegnaliśmy się na dobre. Najwidoczniej jednak on powiedział tylko : „do zobaczenia”. Po raz drugi dopadł mnie na 39 kilometrze i już nie opuścił do końca. Jednak mój niewielki ból, był niczym w porównaniu z zmaganiami Adama…..Nasz szybkobiegacz od 30 kilometra bardzo poważnie zaczął odczuwać ból kolana – kontuzja sprzed kilkunastu dni, już częściowo zaleczona, dała o sobie znać. Kilka razy Adam rozważał wycofanie się z dalszego biegu i myślę, że byłaby to rozsądna decyzja. Nikt nie miałby mu tego za złe…ale nasze rozsądki już dawno mają sezon urlopowy ;-) Adam po prostu co dwa, trzy kółeczka ( dla niezorientowanych informacja, że jedna pętla ŻH ma kilometr i biega się w koło 42 razy…… z haczykiem ) nieco zwalniał dając odpocząć nodze. Jego przewaga była tak duża, że pierwsze miejsce miał zagwarantowane, pomimo znacznego (jak na niego) zwolnienia tempa. Ewentualnym jego rywalem mógłby być Peter Tichy, ale on zakończył uczestnictwo po przebiegnięciu półmaratonu. Zawody zakończyły się w prawdziwym ukropie – to już nawet nie był upał. Żar lal się z nieba na sześciu biegaczy którzy ukończyli pełny dystans maratonu. Po dobiegnięciu ostatniego zawodnika (Brezina Jiri) szybko posprzątaliśmy miejsce mety i na zaproszenie głównej postaci 55 edycji ŻH – Miroslava Krumera udaliśmy się do pobliskiej restauracji na orzeźwiający płyn izotoniczny w kolorze złocistym…..Kalt 12, Corgon, Starobrno….przy rozstaniu Krisko zapowiedział, że chciałby wziąć udział w naszym NIC-u. ZAPRASZAMY !!
Pełne wyniku 55 ŻH :
1 Jagieła Adam 73 POL Ślimak Bytków 3:25:51
2. Ciesiński Mariusz 70 POL Ślimak Bytków 3:39:26
3. Kriško Miroslav 57 SVK 42195.sk 3:46:23
4. Naziemiec Leszek 74 POL Ślimak Bytków 4:09:15
5. Simon Alexander 47 SVK DS Žilina 4:20:21
6. Krumer Miroslav 49 CZE Ostrov 4:25:56
7. Březina Jiří 39 CZE SK Přerov 4:45:07
8. Tichý Peter 69 SVK ŠKP Čadca 1:38:31 - 1/2M
9. Krčmárik Vladimír 52 SVK Žilina 1:20:13 - 15 km
10. Čuntala Juraj 51 SVK Kysucké Nové Mesto 47:58 - 10 km
11. Belko Štefan 88 SVK MŠK KNM 40:27 - 9 km

Joel

poniedziałek, 30 kwietnia 2007

Zielona Książeczka – czyli wyprawa na 50 - Žilinský Hamburg - relacja Joela

Pomysł pojechania na „Žilinský Hamburg” pojawił się kilkanaście dni przed jego planowanym terminem, jednak wówczas z Leszkiem doszliśmy do wniosku, że nie jedziemy, odpuszczamy, odpoczywamy przed Krakowem – tym bardziej, że 28 kwietnia 2007 roku miałem pracować. Sprawa wydawała się zamknięta.... Jednak Leszek wcale nie odpuścił, a raczej -w swoim zwyczaju – podpuścił mnie.......zatelefonował w czwartek z niewinnym pytaniem czy bym jednak nie chciał pojechać.... Skoro zadzwonił no to co zrobić.....zamieniłem dyżur w pracy na niedzielę i byłem całkowicie gotowy... W sobotę o 05.00 razem z Darią, Leszkiem i ich dzieciaczkami wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w kierunku granicy. Droga mijała dość szybko, warunki dobre, nastroje też. Wprawdzie nikt nic nie mówił, ale każde z nas w głębi zastanawiało się czy przekroczymy granicę, bo kierujący pojazdem (czyli ja) nie miał paszportu, a jedynie stary (czyli zieloną książeczkę, wydaną w 1988 roku) dowód osobisty. Na granicy Polsko – Czeskiej stało kilka samochodów. Stanęliśmy w ogonku i po paru minutach podjechaliśmy do okienka.... podałem strażnikowi dokumenty. Popatrzył znudzonym wzrokiem na okładki paszportów, potem na chwile ożywił się widząc coś mniejszego zielonego....otworzył mój dowód, ożywienie mu minęło. Oddał mi dokumenty i podziękował. Bez większych problemów znaleźliśmy się w Czechach!!!! Dalsza doga mijała już całkowicie bez stresu. Na podstawie zachowań miejscowych kierowców próbowaliśmy ustalić jakie w tym kraju obowiązują przepisu ruchu drogowego... Czechy przejechaliśmy szybko, a na granicy ze Słowacją praktycznie było pusto. Czescy strażnicy graniczni wprawdzie sprawiali wrażenia bardziej ożywionych niż polscy, ale nie specjalnie zwracali uwagę na nasze dokumenty.....po chwili mknęliśmy przez piękne tereny, prosto do Żiliny. Jak przystało na uczestników z najdalszych stron, byliśmy pierwsi. Park nieduży, przy nim ciekawie wyglądająca restauracja, ale niestety zamknięta. Ot, była dopiero 07.30. Trochę pokręciliśmy się po parku, dzieciaki zapoznały się z placem zabaw. Po chwili udaliśmy się w głąb tego niewielkiego parku (a raczej skwerku zieleni). W niedługim czasie zjawili się tam inni zawodnicy : Krumer Miroslav (Czechy), Pauliny Radoslav (Słowacja) – który zakładał przebiegnięcie niepełnego dystansu w ramach przygotowania się do startu w Pradze, Krčmárik Vladimír (Słowacja), aż wreszcie zjawił się ”Prezident” Simon Alexander (Słowacja) – organizator, sprawca całego zamieszkania. Zaplanował w tym roku przebiegnięcie 60 maratonów w związku ze swoimi... 60 urodzinami !!! Zdjął z roweru rozkładany turystyczny stolik, rozstawił na nim kubeczki, postawił baniak z wodą.....na tym zakończyły się czynności organizacyjne. Wszystko było gotowe do startu. Było nas sześciu: wyżej wymienieni, ja i Leszek. Jak widać na tym skromnym maratonie stanęła do boju międzynarodowa ekipa. Daria pełniła rolę kibica i niańki (swoich zresztą dzieci ;-).

O godzinie 08.20 przy temperaturze 16°C rozpoczął się 50 „Žilinský Hamburg”. Cień drzew i lekki chłodek sprawiły, że warunki były wręcz idealne do biegania. Prezident i Radoslav od razu wysforowali się do przodu narzucając szybkie tempo. Za nimi pobiegł Vladimir. Leszek i ja zaczęliśmy spokojnie, ale nie najwolniej, równym tempem. Miroslav od początku biegł wolniej, cały czas utrzymując jednakową prędkość. Na trasie oznaczony jest każdy kilometr. Praktycznie jest płaska – ma jeden niewielki podbieg w okolicach wspomnianej restauracji i delikatny zbieg. Pozostała część trasy wiedzie płaską asfaltową alejką, trochę zacienioną drzewami, a w niektórych miejscach nasłonecznioną. Długość pętli wynosi jeden kilometr, 195 metrów jest domierzone i start jest w innym punkcie niż meta. Po przebiegnięciu tych 195 metrów pozostają do pokonania 42 okrążenia.... Taki układ można krytykować za zbytnią monotonność, ale osobiście nie odczuwałem znudzenia. Każde zaliczone okrążenie zbliżało nas do mety. Prezident pomimo uczestnictwa w biegu każdemu dokładnie liczył pętle i zaliczone kilometry. Przekonałem się o tym na 26 kilometrze gdy nieco zwolnił, co pozwoliło mi go minąć. Wtedy bez zastanowienia oznajmił mi ile już przebiegłem i na którym kilometrze się znajduję. Tak sobie biegaliśmy alejkami parkowymi. W parku pojawiały się spacerowiczki, dzieci, starsi panowie z psami. Kilka pań zebrało się ze swoimi czworonożnymi pupilami i plotkowały na trasie naszego biegu. Nikt specjalnie nie zwracał uwagi na sześciu facetów biegających w kółko.....no ale to już 50 edycja tego biegu i pewno wszyscy są przyzwyczajeni do takiego widoku. Pojawiło się też kilku młodzieńców odzianych w „dresiki” z trzema paskami z boku spodni, którzy zasiedli na najbardziej nasłonecznionej ławeczce i zażywali kąpieli słonecznych spożywając bliżej nieokreślony trunek prosto z buteleczki. Bieg też ich zbytnio nie interesował..... Krčmárik Vladimír (rocznik 1952) zakończył bieg po 10 kilometrach z czasem 49:15, a my dalej ganialiśmy. Praktycznie przez pierwsze dwadzieścia kilometrów nie odczuwałem żadnego zmęczenia. Trasa nie należy do trudnych. Biegnąc z jednej strony pętli widzi się tych którzy biegną po przeciwnej stronie, co pozwala na unikniecie poczucia samotności. Właściwie zawsze w zasięgu wzroku mamy kogoś z biegaczy. Miej więcej po około dwóch godzinach słoneczko zaczęło doskwierać coraz mocniej, temperatura wzrastała właściwie z każda minutą. Po wbiegnięciu w cień drzew, aż nie chciało się z niego wybiegać. Na szczęście na trasie było kilka zacienionych miejsc pozwalających na trochę ochłody. Jako drugi bieg ukończył Pauliny Radoslav (rocznik 1976) po przebiegnięciu 30 kilometrów w czasie 2:06:49 – sam nie wiem ile razy śmignął obok mnie, pędził niczym rakieta nie zważając na rosnący upał, który z minuty na minutę był coraz bardziej odczuwalny. Pozostali na trasie biegli pełny dystans maratonu. Po około 10 kilometrach Leszek – z którym do tej pory biegliśmy jednym tempem – zatrzymał się przy punkcie żywieniowym i potem biegł już za mną. Prezidenta też udało mi się minąć dwa razy – najpierw na 26 kilometrze, a potem jeszcze na ostatnim okrążeniu. Od 36 okrążenia zaczęły powoli opuszczać mnie siły, ale widziałem, że współbiegacze też walczą z ciepłem i zmęczeniem. Każdy z nas stracił mnóstwo wody z organizmu, która wyciekła na zewnątrz niczym wyciśnięta z gąbki. Radoslav po skończonym biegu obsługiwał resztę biegaczy, podając wodę. Potem dołączyła do niego Daria. Dzięki jej wspaniałemu dopingowi i kontrolowaniu przez nią czasu, na ostatnim okrążeniu zdecydowanie przyspieszyłem i zakończyłem maraton z czasem 03:37:55 J Drugi na metę wpadł – po części rozebrany z powodu już dużego upału – Leszek z czasem 3:47:44. Kolejny był prezident Simon Alexander (rocznik 1947) z czasem 3:52:47, a stawkę zamknął Krumer Miroslav (rocznik 1949) z czasem 3:58:19. Bieg kończyliśmy już w pełnym słońcu przy 25 ° C . Byliśmy zmęczeni, ale niesamowicie zadowoleni. Žilinský Hamburg to impreza rzeczywiście z minimalną organizacją, ot przychodzisz na start i biegniesz. Nikt nie martwi się o zaplecze, organizacje, numery. To wszystko jest tam nieważne. Liczy się sam fakt uczestnictwa w sportowej rywalizacji. Zastanawiając się nad tą imprezą już po jej zakończeniu myślę sobie, że jej formuła i idea jest bliska igrzyskom starożytnej Grecji. Nieważne jest co dostanie się podczas imprezy, jakie nagrody czy medale otrzymają zwycięzcy. Istotne jest, żeby stanąć na starcie, stoczyć uczciwą walkę z innymi i własnymi słabościami i dobiec do mety.....

Ostateczne i oficjalne wyniki cytuję za stroną http://www.42195.sk/ :

Žilinský Hamburg č. 50 - Žilina 28. 4. 2007

zdroj: Kancelária prezidenta SZM

##. Meno roč. štát klub čas

1. Mariusz Ciesinski 70 POL Vege Runners Bytków 3:37:55

2. Nazimiec Leszek 74 POL Sliamak Bytkow 3:47:44

3. Simon Alexander 47 SVK DS Žilina 3:52:47

4. Krumer Miroslav 49 CZE Ostrov 3:58:19

5. Pauliny Radoslav 76 SVK Lipt. Mikuláš 2:06:49 - 30 km*

6. Krčmárik Vladimír 52 SVK Žilina 49:15 - 10 km

*Pauliny Radoslav 76 medzičase na 1/2M 1:26:27

No nie mogę nie wspomnieć, że po zakończeniu biegu prezident Simon Alexander zabrał nas do wymienianej już restauracji na kufelek wspaniałego (!!!!!!!!) piwa.....ojj proszę państwa dla tej chwili warto było ryzykować podróż ze starą zieloną książeczka........

                      Joel

sobota, 16 grudnia 2006

39. Žilinský Hamburg - Žilina, 10. 12. 2006 - relacja eN

Daria Naziemiec pierwszą kobietą w historii maratonu - Żyliński Hamburg.
Poniżej znajdziecie artykuł autorstwa eN ze strony www.42195.sk .

Nepekne sa zachovalo počasie k First Lady, ktorá utekala celý Žilinský Hamburg. Nebesá od rána plakali, lebo cítili, že len homohamburgovská Žilinská záležitosť sa čochvíľa zmení na záležitosť heterohamburgovskú.
Surovo uplakané ráno pokračovalo ešte surovejšou udalosťou tesne pred štartom. Pefo dostal od pauzujúceho eN bojovú úlohu, vyrobiť predštartové foto.
Napevno zabudovaný statív, ktorý používa fotograf Samo Spúšť, je kompatibilný iba s prístrojom eN. To ale zodpovedného Pefa zaskočť nedokázalo, lebo požiadal okoloidúcu pani o odfotenie skupinky.
Milá pani ochotne súhlasila. Psíka, ktorého venčila, mala na vodítku. Kým hľadala ten najmajstrovskejší zlatý rez, dorútil sa väčší a aj žiaľ zúrivejší pes. Ten vyvolal nechutnú psiu šarvátku.
Zľaknutý zostal malý psík, zľaknutá zostala fotografka, zľaknutý zostal Pefo, lebo už videl svoj foťák na zemi a zľaknutí zostali aj ostatní bežci, lebo fakt išlo o psí život.
Po spacifikovaní narušiteľa sa milá pani opýtala Pefa, či je fotka dobrá. „Je vynikajúca, ďakujeme Vám pani," ubezpečil ju Pefo, hoci vedel, že pani odfotila nič. Pred atakom psieho agresora spúšť nestlačila. Foťák už z ruky nedal. Preto jeho biela lož ožiarila Bôrikové tmavé nedeľné ráno.
My milej pani tiež ďakujeme. Tma na hornom obrázku, je skopírovaná práve z jej záberu, pri ktorom nestihla stlačiť spúšť.
Pefo, za cenu posunutia štartu na 8:20, niečo nafotil. eN to zmontoval, posvietil si na aktérov 39. Žilinského Hamburgu a tu je výsledok.

Zľava: Peter Pefo Tichý, Daria First Lady Naziemiec, Šaňo Prezident Simon,Karel Presný Budík, RunDr. Mirek Krumer foto: Pefo
Budeme k Prvej dáme ŽH galantnejší, ako neurvalé počasie. Na javisko dosák, ktoré znamenajú Žilinský Hamburg, sa postavila ženská noha až v jeho 39-tom dejstve. Bola ňou jedna z nôh ktoré si do Žiliny priniesla so sebou Daria Naziemiec ( 4:14 - 1. ).
Darja sa snažila utekať maratón na Bôriku cez Deň Supervytrvalca. Nedalo sa. Skúsila Ostravu, nepodarilo sa dobehnúť. ŽH prímal aj sa darilo. Pôvodný plán 4:20 splnila s predstihom. Kliatba eN, že mu nie je súdené byť svedkom medzníkov Hamburgových dejín trvá. Nevieme, čo darja na svoj výkon povedala, nevieme, ako sa jej bežalo, nevieme či sa ešte do Žiliny, po uplakanej nedeli, niekedy vráti. Vieme ale, že Daria má u SZM a. s. DIPLOM.
Jej muž Leszek, sa na fotku s Naziemčatami pri našom stolčeku prestri sa nezmestil. Ako jediný Diplomovaný Poliak, má hlavu v oblakoch. Klesne mu, ak dostane Diplom aj Darja, alebo keď si na jediného kliknete.
To, že Peter Tichý ( 3:26 - 1. ) odbehol po sobotňajšej svižnej, 30 km chôdzi maratón, eN prekvapilo. Pefa to však priam šokovalo. Stále si pridával, až mal nakoniec dosť. Štartovalo sa v daždi. „Doma by som nevyšiel ani von," priznal Pefo, ktorý má vybiehanie do dažďa v obľube tak, ako Indovia hovädzie mäso. Plánoval si dať okolo 15 km. Dážď ustal, kúsok si pridal, tu a tam sa k niekomu pripojil, tu a tam zrýchlil a zrazu ho prekvapil cieľ.Na dne rebríka, sa dejú veci! Vincenta Jendželovského, vytiahol z dna rebríka o dve miesta hore Peter, dobrý syn svojho otca. Až nad nášho olympionika! Druhý nečakaný tréningový maratón, ktorý bol 53-ťou a 10-tou tohoročnou akciou Pefa, ho inštaloval na pôvodné 61. miesto.
Po pár týždňovej dovolenke sa červenej lucerny opäť ujala zodpovedná ruka Jožka Liskaja. Môžeme sa v kľude uložiť na zimný spánok, priatelia. Od chrbta nám nehrozí žiadne nebezpečie. Náš Jozef je certifikovaná ostraha záveru viditeľnej časti rebríka SZM.

Čože je to päťdesiatka? Jediný zberač v Česko Slovenskom zberačskom priestore, ktorý máme zrekognoskovaný, si to môže túto zložitú pieseň zaspievať v zberačskej tónine.
Jediný interprét, ktorý zvládne song bez falošných tónov, je prezident SZM a.s., Šaňo Simon ( 3:50 - 2. ). V roku 2004 odspieval 54 kúskov, toho roku, s ktorým sa ešte nelúčime, ich v jeho interpretácii zaznelo 50, čo bol Šaňov plán. Dnešný maratón bol "zicherkou", lebo sme dlho nevedeli, či sa CyS maratón uskutoční. Už vieme, že áno, je veľký predpoklad, že k 50-ke ešte Šaňo jeden kúsok pridá.O priebehu prezidentovho behu nevieme nič. Jeho dnešný čas, o štyri minúty lepší, ako včerajší nám napovedá, že opäť úspešne testoval Teóriu rekreačnej relativity.
RunDr. Miroslava Krumera ( 3:50 - 2. ), ktorý za ňu získal doktorát. Nemohol inak, ako bežať rýchlejšie v nedeľu. Osem minút je viac, ako relevantný dôkaz. Mirek "padla" nemá. Jeden krok mu ešte chýba k 49-tim klasickým maratónom v roku 2006. Ak chce byť Dr. Krumer vyslancom 194X na Ročníkovej kóte Jiřího Březinu, musí ešte absolvovať v roku 2006 jeden maratón. Je veľmi pravdepodobné, že to bude CyS na totožnej Bôrikovej trati, iba s iným organizátorom a posunutým cieľom pred Kaméliu. Za ročníky 193X urobil zárez na Ročníkovej kóte, ten, ktorý jej dal meno, Jirko Březina. 39 maratónov, lebo je ročník 1939. Mirek to má zložitejšie, je ročník 1949. Mieri o desať poschodí vyššie. Zdá sa, že by tam vystúpiť mohol. Ale ani potom nemá "padla".Má zálusk na ďalší Český rekord. Prvá stovka maratónov za počet dní.
Karel Budík ( 4:04 - 2. ), ktorý sa osobne prišiel na Bôrik presvedčiť, či to Mirek s jeho detronizáciou myslí vážne. Odchádzal vraj namrzený, lebo RunDr. Krumer to myslí smrteľne vážne. Kolo ktoré Karlíkovi nadelil, napriek tomu, že bežal maratón aj v sobotu, je dostatočný dôkaz.