Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z Irlandii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z Irlandii. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2009

Zimowa liga biegów górskich IMRA (Irish Mountain Running Association)


Powoli kończy się zimowa liga biegów górskich IMRA (Irish Mountain Running Association). Z 5 biegów do tej pory miałem okazję ukończyc 3 i właśnie o nich będzie tu mowa.

Howth 18.01.09 – wywiedziony w pole

Pierwszy z serii i chyba najbardziej zimowy ze wszystkich (pomimo, że śnieg nie spadł tego dnia).
Już w trakcie rozgrzewki po trawiastej murawie boiska na którym mieliśmy zacząc zawody w środku moich butów chlupała woda, a na zewnątrz porobiły się płaskorzeźby błotne.
Tak na prawdę długo na przed startem wiedziałem, że nie będzie lekko. Pamiętałem sprzed 2 lat, że trasa jest wąska (bez wielu okazji do wyprzedzania) i poprzecinana płynącymi do zatoki strumykami. Pogoda tego dnia też nie rozpieszczała. Wiejący od morza sztormowy wilgotny wiatr mroził oddech i odbierał chęc do walki.
Na sygnał startera rozpoczęliśmy okrążenie boiska rozchlapując na siebie wzajemnie hektolitry wody. Po tej „kąpieli” trasa skręcała do pobliskiego lasku, gdzie na wyjeżdżonym przez szybszych biegaczy błotku można było zatańczyc kazaczoka (szczególnie jeśli akurat ktoś ubrał tego dnia stare buty ze startym bieżnikiem). Następnie zaczynał się pierwszy podbieg przed którym robił się korek. Prawie nikt pod tą stromiznę nie podbiegał, a wyprzedzanie groziło wpadnięciem w rosnące wszedzie kłujące krzaczki.
W końcu gdy dotarłem na szczyt miałem ochotę zbiec na dół, żeby się schowac. Wiatr był tak silny, że przesuwał ludzi na boki, a jak wiał z tyłu dosłownie wdmuchiwał cię pod górkę (w plecy wiał może przez 5 minut).
Po jakichś 5 kilometrach byłem bardzo wyziębiony i myślałem, że gorzej byc nie może.
Mogło... Grupa której się trzymałem pomyliła trasę i wywiodła mnie w pole (golfowe), którego według oficjalnej trasy nie mieliśmy odwiedzic.
Potem jeszcze niepewnie miotaliśmy się biegając to w góre, to w dół i szukając trasy. Na szczęście po krótkim czasie (który wtedy wydawał się wiecznością) dotarliśmy do grupy człapaków, która poruszała się w dobrym kierunku. Wtedy zaczynała się druga stromizna i znowu otwarta przestrzeń z szalejącym wiatrem, ale teraz było mi już wszystko jedno. Ze zdziwieniem patrzyłem na małe zadrapania pojawiające się na moich udach, ale prawie wcale nie czułem, że krzaki kaleczą mi nogi. Nawet wielkich kałuż nie było sensu już omijac i wbiegałem w nie z całym impetem. Potem jeszcze 2 małe wzgórza i porcja adrenaliny na zbiegu przeplatanym kontrolowanymi poślizgami.
Do boiska na którym była meta dobiegłem jako jeden z ostatnich, ale nie przejąłem się bardzo. Byłem szczęśliwy, że to już koniec... choc od razu postanowiłem sobie, że następny bieg pójdzie mi lepiej.

Ticknock 1.02.09 – górki znane i lubiane

Ticknock to nazwa lasku leżącego pod Three Rock Mountain, czyli górze z antenami, którą widac z wielu miejsc w Dublinie.
Góra leży jakieś 10km od mojego domu więc są to tereny, które znam w miarę dobrze.
Po doświadczeniach z Howth przygotowałem się lepiej sprzętowo (wystarczyło dołożyc dodatkową warstwę ubrań, żeby było komfortowo).
Wystartowaliśmy od szlabanu przy pierwszym parkingu, następnie kawałek asfaltem, a potem glinianym szlakiem w góre i po ścieżkach dookoła góry 3 Rocks - to podbiegając, to zbiegając. Zacząłem dośc daleko z tyłu żeby rozgrzac się na pierwszych kilometrach. W pewnym momencie przyłączyłem się do Eoina i biegliśmy razem aż do ostatniego podbiegu na sam szczyt. Tam zacząłem uciekac przez wpół zmarznięte kałuże, skoncentrowany na wijącym się jak dziki wąż szlaku. W pewnym momencie zorientowałem się, że już nie uciekam, a gonię.
Spadałem ze stromego zbocza jak lawina, uważając jedynie, żeby nie poślizgnąc się w starych, zużytych butach. Po jakichś 3-4km szybkiego zbiegu dotarłem do mety. Następnego dnia w Dublinie spadł śnieg, a parę dni później kupiłem sobie nowe, pięknie uśmiechnięte solidnym bieżnikiem buty trialowe:)

Trooperstown Hill 28.02 – testing, testing...1, 2, 3km

Mud Claws czyli Błotne pazury wyglądają tak. O firmie INV8 produkującej ten model dowiedziałem się przypadkiem, a że miała dośc zachęcającą stronkę, buty kupiłem bez dłużego zastanawiania się (najbardziej chyba przekonał mnie solidny bieżnik). Zrobiłem w nich tylko 1 trening i właśnie na Trooperstown Hill miała się odbyc próba generalna.
Na zawody wyjechaliśmy dośc wcześnie, bo żaden z nas nie był do końca pewny gdzie tej góry szukac. Wiedzieliśmy, że znajduje się w Górach Wicklow w okolicach Glendalough.
Na szczęście po jakiejś godzinie jazdy dotarliśmy bez problemu na miejsce w którym organizatorzy rozkładali stoliczek/ biuro zawodów (dokładnie jak na NICu :)). Chwilę później przyjechał drugi samochód ze znajomymi z klubu więc w sumie było nas siedmiu.
Po jakimś czasie ustawiliśmy się na miejscu startu, na leśnej ścieżce biegnącej w górę. Została nam objaśniona trasa – 10,5km/ do pokonania 2 większe podbiegi/ 1 pętla wracająca w to samo miejsce z którego startowaliśmy.
Jeszcze tylko pożyczyliśmy sobie „Good luck” i po krótkim odliczaniu rozpoczęliśmy bieg.
Pierwszy fragment, który lekkim podbiegiem ciągnął się przez jakieś 3 kilometry, zacząłem tradycyjnie trochę z tyłu, żeby się rozgrzac i złapac swój rytm. Dopiero gdy zrobiło się troszkę bardziej płasko dogoniłem kilku współtowarzyszy, ale nie rozpędzałem się jeszcze za bardzo, bo wiedziałem, że 2 górki są jeszcze przede mną. Gdy pierwsze trawiaste wzgórze wyłoniło się zza zakrętu, w dali widac było na nim sznureczek szybszych biegaczy w oddali wdrapujących się na szczyt. Wydawało się stromo, lecz nowe butki wgryzały się w błotnistą ścieżkę dając świetną przyczepnośc. Po dotarciu na górę zaczynał się pierwszy dłuższy zbieg, na którym musiałem już przyspieszyc. Wcześniej jeden ze znajomych (James), z którym zwykle wygrywałem wyprzedził mnie i biegł jakieś 300 metrów przede mną.
Czasem w biegaczu budzi się ambicja i właśnie wtedy obudziła się ona we mnie. Chciałem spróbowac go dogonic, zbiegałem więc dośc szybko, lecz pamiętałem też o drugim wzgórzu, na które nie musiałem długo czekac. Po następnym zakręcie pokazało się i ono. Bardziej strome na dole i wypłaszczone na szczycie tak, że nie było wiadomo, czy właściwy wierzchołek nie chowa się jeszcze dalej. Choc na pierwszym zbiegu i potem podbiegu wydawało się, że nie zbliżyłem się do Jamesa ani o metr, nie poddawałem się. Wtedy walczyłem już bardziej ze sobą, żeby nie zacząc chodzic pod górę... i tak dobiegłem do wypłaszczenia po którym zaczynał się ostatni zbieg z góry do drogi szurtowej.
Z początku rozpoczynał się łagodnie, potem robił się coraz bardziej stromy, a kończył się zabójczą kamienno błotnistą ścieżką na której musiałem momentami hamowac, bo bałem się, że jak źle stanę to się połamię. Na szczęście do drogi dobiegłem bezkontuzyjnie i skoncentrowałem się na znikających za zakrętem biegaczach. Znowu goniłem, choc tym razem nie był to żaden ze znajomych, minąłem rywala i nie zwalniałem tempa. Wyciskanie z moich nóg maksimalnej prędkości sprawiało mi dziwną przyjemnośc. Opłaciło się, jeszcze przed metą w lesie dogoniłem i przegoniłem kilku biegaczy, w tym Jamesa i wpadłem na metę po niecałych 51 minutach.
Potem jeszcze pojechaliśmy do pobliskiego pubu na herbatę, żeby się rozgrzac, pogadac i zobaczyc rozdanie nagród, po czym wracaliśmy do (tym razem słonecznego) Dublina.
A co do testu butów – wypadł on pozytywnie, pod względem przyczepności i komfortu biegu, choc nowe buty mnie trochę obtarły, ale tak to jest z nowymi butami:)


czwartek, 20 listopada 2008

Mecz Polska - Irlandia na Croke Park w Dublinie 19.11.2008

Najważniejsze, że atmosfera była super, padło dużo bramek i wygraliśmy 3-2, a na filmiku mały fragment tego jak kibicowaliśmy w polskim sektorze.

środa, 29 października 2008

O tym co się udało, a co nie – czyli o dublińskim maratonie

Może zacznę od tego, że po wszystkich przygotowaniach i po tygodniowym odpoczynku w 2 dni przed startem nie byłem pewny czy w ogóle wystartuje, a jeśli wystartuje, to czy dobiegnę do mety. Powodem do niepokoju (który na szczeście nie przerodził się w panikę) były kłopoty żołądkowe w sobotni wieczór. Jedno z dwóch, albo grypa żołądkowa, albo zwyczajne zatrucie pokarmowe spowodowało ostry ból brzucha i wymioty. W nocy nie mogłem spac, ale po butelce coli i tabletce Rennie rano byłem w miarę na chodzie. Stwierdziłem, że muszę przetestowac czy moje „bebechy” jednak się ustabilizowały, więc zrobiłem na rozgrzewkę kilka cwiczeń, w tym serię brzuszków. Okazało się, że jest w miarę ok. Zjadłem śniadanie, odczekałem jakiś czas i wyszedłem na 30 minutowe lekkie rozbieganie. Trochę się czułem zmęczony po nocnych przejściach, ale żołądek spisywał się nienagannie.
W parku, kończąc trucht spotkałem kolegów biegaczy, którzy wybierali się właśnie na bieg przełajowy w Wicklow. Rozmowa i życzenia powodzenia dodały mi otuchy. Stwierdziłem, że jednak pobiegnę. Wróciłem więc do domu z planem żeby resztę dnia przeznaczyc na regenerację organizmu i przygotowanie psychiczne do poniedziałkowych zmagań z maratonem. Dla regeneracji kupiłem kilka butelek izotoników, dużą pizzę i trochę bananów, a dla ducha odpaliłem na youtube stare odcinki Latającego Cyrku Monty Pythona...
W dniu startu nie liczyłem już na bicie życiówki, ale chciałem przebiec cały dystans najlepiej jak będę umiał.
Poranek był zimny, choc wiatr w porównaniu z poprzednimi dniami stracił na sile. Taksówka zawiozła mnie tuż pod strefę startową. Paru minut później byłem gotowy i wtopiłem się w różnokolorowy tłum. Czekając na bieg zauważyłem kolegę Eoina (czyt. Ołena), więc spędziliśmy trochę czasu na pogawędce. Potem wyrzuciłem wiechrznią warstwę (starą, rozdartą kurtkę, w której zepsuł mi się poprzedniego dnia zamek) i rozległ się wystrzał startera. Gdy ruszyliśmy okazało się, że z przodu ustawiło się wielu człapaków, którzy skutecznie blokowali szybszych biegaczy, jednak po paruset metrach „slalom” się skończył i można było obrac najdogodniejszą dla siebie trajektorię.
Przetoczyliśmy się przez zapełnione kibicami centrum miasta na północ, aby na około 3 mili skręcic na zachód w kierunku Phoenix Park. Tu można było troszkę odpocząc od wrzasków:) i ... udac się pod drzewko (niestety pęcherz nie wytrzymał porannego chłodu, a napoje wypite w początkowej fazie nie chciały się wchłonąc). Przypadek związany z postojem technicznym sprawił, że spotkałem kolegę Mirka, z którym 2 tygodnie wcześniej rywalizowałem na przełajach.
Po wstępnych deklaracjach planowanych wyników zdecydowałem się pobiec razem z nim. Po pierwsze w planie miał czas w okolicah 3:15, a po drugie jednak raźniej się biegnie jak jest do kogo gębę otworzyc i pogadac w ojczystym języku. Tak więc biegliśmy od Phoenix Parku razem, aż w pewnym momencie po połowie dystansu coś we mnie pękło i zacząłem przyspieszac, a Mirek został z tyłu. Czułem się jakbym zrzucił z siebie plecak i dostawał skrzydeł (nie piłem Red Bulla:)). Wszystko przez niesamowity aplauz.
Na piętnastej mili (ok. 24km) byłem „u siebie”. Mijałem drzewa Bushy Parku i świetnie znaną mi ulicę, którą biegam na treningi, chodzę na zakupy i jeżdżę do pracy. Od Terenure do Rathgar zagrzewali mnie do walki znajomi (częśc z nich biegła dzień wcześniej przełaje w Wicklow). Trudno bylo się nie uśmiechac słysząc aplauz wszystkich biegaczek i biegaczy (w większości szybszych ode mnie). 15sta i 16sta mila dała mi energię na resztę maratonu. Więc nawet nie wiem kiedy minąłem kolejne. Wiedziałem jednak, że nie mogę dac się do końca ponieśc emocjom, bo maraton błędów nie wybacza. Trzymałem się więc „na oko” pulsometru i słuchałem sygnałów organizmu. Jedyne co usłyszałem to: „bolą mnie nogi, ale jak nie dostanę skurczów będzie ok.” Nie było nic o żołądku, o który najbardziej się obawiałem przed startem.
Na 23 mili (ok.37km) skręciliśmy trochę pod wiatr i próbowałem kryc się za plecami innych biegaczy, ale po kilkuset metrach zauważyłem, że tylko wybija mnie to z rytmu. Z resztą co to są 3 mile... no tak to 5km więc może nie szarżowac...
Na 2 mile przed metą po długich kalkulacjach zacząłem jednak ostatni zryw. Wiedziałem że po wbiegnięciu w tłum popłynę na dopingu, dlatego chciałem jak najszybciej się tam znaleźc. Tak też się stało - przebiegając między szpalerami wokół Trinity College wycisnąłem z siebie wszystko co jeszcze mogłem. Ostatnia prosta okazała się jednak ciut dłuższa niż myślałem (zapomniałem o ostatnim odcinku 0.2mili (320m)), ale podobnie jak rok wcześniej dociągnąłem do linii mety nie zwalniając tempa i przekroczyłem ją po 3:12:16 godzinach. Nie było tej euforii co rok wcześniej, bo życiówki nie pobiłem, ale była wielka satysfakcja z mojego drugiego najlepszego wyniku na tym dystansie. Na więcej tego dnia nie miałem szans, a mogłem skończyc o wiele gorzej. Oprócz tego żadnej ściany, żadnych dolegliwości, żadnych kontuzji – tylko zwykły ból mięśni nóg do którego po wielu ukończonych maratonach jestem już przyzwyczajony i w jakiś dziwny sposób nawet go polubiłem:).

Zawody wygrali Andriy Naumov z Ukrainy (2:11:06) i Larissa Zouska z Rosji (2:29.55).
Więcej na stronie oganizatora czyli TU

czwartek, 23 października 2008

Pozostało czekanie... czyli końcówka przygotowań do maratonu dublińskiego

W ciągu ostatnich 2 tygodni trochę straciłem rachubę kilometrów (na szczeście wszystko notuję) i szczerze mówiąc straciłem duuuużo energii, która potrzebna mi będzie podczas maratonu.

Na szczęście ten tydzień odpoczywam i odstawiłem bieganie w kąt. Mam nadzieję, że pomoże mi to odzyskac siły i zapał do walki z własną życiówką. Chwila, czyżbym zaczynał już wymyślac wytłumaczenia swojej porażki?:) Nie, to chyba tylko lekkie zmęczenie...


Tydzień piąty- końca nie widac


Po niedzielnej szybkiej 'piątce' tydzień mijał na codziennym bieganiu. Poniedziałek- godzina OBW1, wtorek - godzina minutówek, środa – OBW1, czwartek – 5 razy 600m i 800m, piątek – OBW1 i w sobotę zrobiłem przerwę w bieganiu przed niedzielnymi zawodami.

To miał byc mocny akcent na koniec tygodnia - bieg przełajowy na 8km w Tymon Park. Już w roku poprzednim dał mi popalic, choc niby 'Co to jest 8km?'. Niby nic, jednak wygląda to troszkę gorzej jak masz się ścigac z samymi 'wyjadaczami' i walczyc o miejsce w ogonie.

Przed zawodami spotkałem Mirka, kolegę biegacza z którym czasem robimy luźne rozbiegania w parku, a który reprezentuje konkurencyjny klub... i zwykle mija linię mety przede mną. Pierwotny plan był taki, że będę biegł na pulsometr, jak tydzień wcześniej. Niestety spalił na panewce, bo w pośpiechu zapomniałem z domu wziąc pasa do mierzenia pulsu. W przebłysku geniuszu stwierdziłem, że będę się trzymał Mirka. No i przez pierwsze 2 z 4 pętli faktycznie się trzymałem, a potem tylko obserwowałem, jak zwiększa się dystans między nami. Sapałem, fuczałem, przebierałem nogami, pociłem się przeokropnie, a i tak czułem jakbym się prawie nie poruszał i jakbym miał ugrząśc w błocie na dobre. Oczywiście Mirek znowu mi dołożył, ale przynajmniej na ostatniej prostej zdobyłem się na ostry finisz, który wzbudził uznanie wśród znajomych z klubu. Gośc z którym się ścigałem w końcówce jednak nie dał za wygraną i na ostatnim łuku zabiegł mi drogę, tak że musiałem albo go przepuścic albo wylądowac na żywopłocie. Wybrałem opcję pierwszą, nie chcąc ryzykowac kontuzji. Z resztą następnego dnia miałem w planie 'trzydziestkę'.

Rezultat pomijam celowo:)


Długa noc i bieganie z olimpijczykami


W poniedziałek po pracy ubrałem się w miarę ciepło, natankowałem bidon wodą i wybiegłem do parku na długi trening. Biorąc pod uwagę fakt, że największa pętla w okolicach parku ma około 3,5km plan zakładał, że zrobię ją 9 razy (w tym 6 pętli OBW1 i 3 pętle OBW2). Nuda, a wręcz nuuuuuuuda, więc ubrałem też słuchawki na uszy, żeby monotonię jakoś zabic muzyką. Po dobiegnięciu do parku położyłem bidon na murku, żeby po trzeciej pętli zacząc z niego korzystac i wyruszyłem na ten nudny trening.

Wieczór okazał się całkiem przyjemny, po pierwszej godzinie treningu, na którymś-tam-z-kolei kółku minąłem znajomych biegaczy, ale z minuty na minutę ludzi było coraz mniej.

Każde kółko zaczynało się 200m w Bushy Park, po czym przecinało się 2 przecznice domków jednorodzinnych i łukiem skręcało obok pomnika św. Panienki nad rzekę Dodder. Potem jakieś 2 kilometry wzdłuż parku nad rzeką, a następnie znowu w lewo w stronę Terenure, obok przystanka autobusowego, na którym czasem ktoś czekał. Pod koniec pętli lekko pod górkę i przez kolejną dzielnicę domków z powrotem do parku.

Byłem na prawdę zadowolony z siebie, kiedy skończyłem cały trening i truchtałem z powrotem do domu.

Po 'trzydziestce' zrobiłem w tamtym tygodniu jeszcze 3 treningi, a zakończyłem ponownie biegiem przełajowym na 8km (5mil – 5 okrążeń).

Tym razem wiedziałem, że będzie jeszcze ciężej niż przed tygodniem. W Gerry Farnham 5miles tradycyjnie wzieli udział czołowi biegacze irlandzcy w tym również olimpijczycy. Oprócz tego w Phoenix Park, gdzie były rozgrywane zawody wiał silny wiatr z którym trzeba było walczyc przez wiekszośc dystansu. Nie zdziwiłem się zbytnio, gdy pod koniec trzeciej pętli zostałem zdublowany przez czołówkę, przecież nie powinienem się za bardzo przemęczac przed maratonem:).

Na ostatnich kilometrach ścigałem się z resztką weteranów (z których niektórzy i tak mnie wyprzedzili).

Najprzyjemniejszym fragmentem tego biegu (jak z resztą większości z nich) był wypas po zawodach czyli herbatka, kanapki, ciasteczka i rozmowy biegaczy o bieganiu.


...i w ten sposób przygotowania do maratonu zakończyłem. Teraz tylko pozostało go przebiec i zrobic zyciówkę (lub znaleźc wiarygodną wymówkę, gdyby jednak nie wyszło:))

poniedziałek, 6 października 2008

Walka z leniem, walka z cieniem – cd. przygotowań do maratonu dublińskiego

Walka z leniem


Po ukończeniu półmaratonu dublińskiego zrobiłem sobie dzień przerwy w treningu i pojechałem ze znajomą na wycieczkę po klifach Howth. Przerwa przerwą, ale po takim spacerku jednak zakwas w łydkach dało się odczuc.

Pozostało mi więc w tygodniu 5 treningów z których tylko wtorkowe i czwartkowe bieganie z „grupą wsparcia” ze Sportsworld nie było poprzedzone godzinną walką wewnętrzną z ... leniem. Koniec końców ubierałem się w strój biegowy i późno w nocy zaczynałem trening. Chyba najtrudniej było mi zmotywowac się do treningu w niedziele. Po całym dniu jazdy na rowerze, po kibicowaniu w biegu przełajowym (odpuściłem ściganie, bo czułem się zmęczony poprzednimi zawodami) i wysłaniu w kosmos 100 piłeczek golfowych na driving range'u wyszedłem jednak na 19 kilometrową sesję biegową (Bieg z narastającą prędkością).

Kończąc całośc około 22:30 podręcznikowo trzema minutówkami, czułem wielką satysfakcję, że jednak wygrywam z samym sobą.


Walka z cieniem


W środę kilka prozaicznych okoliczności, chyba po pierwsze dłuższy dzień w pracy, a po drugie przymusowe pranie (kryzys czystych skarpet itp.) zmusiły mnie do pozostania w domu. Oprocz tego jakoś mi się nie uśmiechało wychodzic na deszcz i chłód, więc leń uśmiechał się do mnie szyderczo zza telewizora. Tak mi się to nie podobało, że postanowiłem pokazac mu kto tu jednak rządzi i zrezygnowałem z piątkowej przerwy na rzecz krótkiego, szybkiego treningu.

W sobotę sesja grupowa w Phoenix Parku i bieganie przełajów wydawały się dośc łatwe. Pewnie dlatego, że zamiast biegac z chłopami goniłem dwie urocze biegaczki:). Kolce przy tych 8km wgryzały się więc w trawę i błoto, jak królik w soczystą marchewkę (czy jakoś tak).

Tego samego dnia wieczorem Sportsworld obchodził hucznie swoje 25 urodziny. Spotkaliśmy się więc w jakieś 300 osób w Hotelu Hilton na uroczystej kolacji z tańcami, hulankami i swawolami. Wszyscy panowie wysmokingowani i wymuszkowani, panie wysukniowane, wydekoltowane, wyfruzurowane i wytapetowane. Ogólnie wszyscy piękni jak z obrazka... większośc nie mogła się nadziwic, jak inaczej wyglądają biegacze ubrani w coś innego niż koszulka i spodenki biegowe:).

Jedyne cwiczenia, które zapewniliśmy sobie tego wieczoru to podnoszenie ciężarów przy barze i przy stolikach oraz gimnastyka/ aerobik/ skoki na parkiecie tanecznym. Impreza skończyła się około 3:00 nad ranem i nie wiem co mi strzeliło do głowy, żeby nastepnego dnia rano wstac około 10:00, ubrac się w strój biegowy i wciąż nie do końca świeży, pobiec na lokalne zawody w mojej dzielnicy.

Na szczęście bieg miał miec tylko 5km i przebiegał po pętli na której robię swoje treningi maratońskie. Na drugie szczęście zdecydowałem się biec „na pulsometr”, a na trzecie szczęście nie miałem kłopotów żołądkowych. Trochę mi się w głowie kręciło jak gdzieś na trzecim kilometrze szedłem powyżej 185 uderzeń na minutę, ale ogólnie i tak nie najgorzej całośc znosiłem. Zdziwiłem się pozytywnie, gdy na metę dobiegłem z czasem 18:38 (nigdy nie biegłem biegu na 5km, więc ten wynik to życiówka).

Po biegu poszedłem do domu spac, a wieczorem miałem tylko czas żeby dobiegac około 10km przed pójściem na koncert czeskiego barda Jarka Nohavicy...

No a dzisiaj poniedziałek znowu późny wieczór, znowu jeszcze nie biegałem i znów leniu zaczyna się szczerzyc. Trzeba iśc na trening i zmyc mu ten uśmieszek z gęby.

...czyli znowu walka z leniem:) CDN.

wtorek, 23 września 2008

Mały „wyryp” w dwa tygodnie, chilli częśc 1 przygotowań do maratonu dublińskiego

Krajowa połówka

Zaczęło się od Irish National Halfmarathon w Waterford, który skończylem w niecałe 93 minuty. Byłem bardzo niezadowolony, bo na mecie czułem się jakbym przebiegł conajmniej maraton. Trasa, która wydawała się byc jednym nie kończącym się podbiegiem wraz z towarzyszącym słońcem wyciągnęły ze mnie całą energię. Czułem się tak źle, że postanowiłem popracowac bardziej nad wytrzymałością i zwiększyłem częstotliwośc treningów z ok 3-4 do 6 tygodniowo. Dołożyłem poniedziałkowe i środowe wybiegania 45-60 minutowe z tętnem 150bpm. W końcu do maratonu dublińskiego miałem jakieś 7 tygodni. Zacząłem oczywiście od razu w poniedziałek, a przerwę zrobiłem zgodnie z planem w piątek. Plan okazał się możliwy do realizacji, choc zmęczenie materiału w pierwszym tygodniu było ogromne.

Sielankowe 10km

W sobotę wraz z klubem Sportsworld wybrałem się do malowniczej wioski rybackiej Kilmore Quay, żeby pościgac się na dystansie 10km. Pogoda dopisała po raz kolejny, lecz tym razem trasa była rewelacyjna. Biegło się wąskimi wiejskimi drogami (na których mieści się 1 samochód lub rower i koza) wbitych pomiędzy porośnięte krzewami kamienne murki, ogradzające zielone łąki i pola.
Murki przez większośc trasy dawały świetną ochronę przed słońcem i wiejącym od morza wiatrem. Liczne zakrętasy czyniły bieg mniej monotonnym. Oprócz tego kilku klubowiczów, którzy sami nie biegli, ostro kibicowało biegaczom. Efekt był łatwy do przewidzenia – wykręcenie dobrego czasu 38:38 (bodajże życiówka) i przede wszystkim powrót wiary w swoje możliwości. Wieczorem po zjedzeniu w pubie świeżych ryb z lokalnego połowu i wypiciu kilku kufelków poszliśmy na dyskotekę (taki irlandzki odpowiednik zabawy w remizie). Niestety zabawa skończyła się już około 2:00 (prawdopodobnie rybacy wypływali nad ranem w morze i potrzebowali trochę snu). Następnego dnia zepsuła się pogoda, potruchtałem więc tylko trochę wdłuż wydm, a po południu wracaliśmy do stolycy.
FOTKI

Półmaraton w parku feniksa

Następny tydzień przebiegałem bez większych modyfikacji treningu, w piątek zrobiłem sobie więc przerwę i ... poszedłem do pubu. Trochę miałem wyrzuty sumienia, że zamiast odpoczywac/ wysypiac się w dzień przed półmaratonem, siedzę w knajpie i piję Guinnessa, ale koleżance z pracy, która ma pożegnalną imprezę trudno odmówic. Wybrałem jednak opcję „krótką” tzn. po 2 browarach kulturalnie pożegnałem się z resztą grupy i pojechałem do domu.
O poranku jednak zmęczenie materiału dawało lekko o sobie znac. Półprzytomny wytruchtałem z domu, żeby załapac się na przejazd do Phoenix Park, gdzie częśc biegaczy Sportsworldu zbierała się na sobotnią sesję treningową.
Po odebraniu numeru startowego ustawiłem się na starcie... do toalety. Któż z biegaczy nie zna tego bólu? Do wystrzału startera 30min, dojście do linii startu zajmuje ok 10min, a ty nie przebrany stoisz w nie kończącej się kolejce:-) No, ale kto późno przychodzi, temu Pan Bóg Kubie (czy jakoś tak) z resztą nie trzeba było się poprzedniej nocy alkoholizowac.
W końcu udałem się na docelową linię startu, po drodze przebierając się i wrzucając torbę z rzeczami do namiotu/ przechowalni.
Gdy wystartowaliśmy słońce już mocno grzało, a pot perlił się na skroni (i w innych miejscach, o których nie wspomnę). Przez moje prawie spóźnienie i duży ścisk (ok 3500 osób) na starcie ustawiłem się troszkę za daleko i przez pierwsze kilometry próbowałem po zewnętrznej wymijac człapaków. Było to o tyle dobre, że nie przeszarżowałem na początku, co procentowało w końcówce.
W sumie trasa składała się z 3 pętli – 1 raz ok 5km i 2 razy 8km. Przy czym po pierwszej pętli trasa pokrywała się z trasą sierpniowego biegu na 10 mil. Biegło się dobrze, znając trasę.
Po pierwszym kółku przy drodze ustawili się biegacze z klubu, którzy skończyli swój trening przełajowy i wspierali duchowo uczestników. Górki dawały się we znaki (szczególnie ostatnia długa górka ciągnąca się przez jakieś 2km), a słońce pod koniec biegu było trudne do zniesienia. Wiadomo, że nie można miec wszystkiego, więc nie liczyłem na życiówkę w półmaratonie tydzień po najlepszym czasie na 10km. Chciałem tylko przełamac barierę 90 minut, co mi się udało - wbiegłem na metę dokładnie z czasem 89:59 (gdyby Ed nie zaczął na mnie krzyczec ok. 200 metrów przed metą, pewnie nie urwałbym tych paru sekund).
Byłem zmęczony, ale nie aż tak, jak na półmaratonie 2 tygodnie wcześniej.
Po tym jak już wszyscy znajomi skończyli i trochę ochłoneliśmy po gonitwie, poszliśmy na herbatę i ciasteczka, które są tradycyjnym elementem po większości tutejszych biegów.
FOTKI

CDN.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Beginner's luck czyli fuks żółtodzioba (o Gdańsku i Mili)

"Beginner's luck"


To o czym tu napiszę zdarza się na tyle rzadko, że nie powinno zachęcic nikogo do uprawiania hazardu, a na mnie podziałało w ten sposób, że znów zacząłem zadawac sobie pytania czy istnienieje przeznaczenie, na ile kieruje nami ślepy los i czy jednak większa częśc doświadczeń życiowych jest wynikiem świadomego lub nieświadomego wyboru. A że po tym co miało miejsce pewnien Irlandczyk powiedział mi, że pewnie będę tą historię opowiadał kiedyś moim wnukom, to zanim się dorobię wnuków podzielę się nią z Wami:)


Zacznę więc od tego, że w ten piątek wybrałem się ze znajomymi z pracy na wyścigi chartów, ponieważ jedna z koleżanek, która wkrótce wraca do Hiszpanii chciała przed wyjazdem zobaczyc taką imprezę.

Biorąc pod uwagę fakt, że podobnie jak ona nigdy takich wyścigów na żywo nie widziałem, postanowiłem umówic się z resztą grupy na torze Harolds Cross, który de facto codziennie mijam jadąc na rowerze do i z pracy.

Po wejściu przy zakupie biletu dostałem książeczkę z rozpisanymi biegami tego wieczoru. Mówiąc szczerze na pierwszy rzut oka była to dla mnie czarna magia.

Grupę znajomych odszukałem przed 4-tym wyścigiem i zapytałem co ja mam z tą książeczką zrobic, bo czułem się trochę zagubiony w tych nazwach i cyferkach. Koleżanka pokazała mi gdzie są kasy w których obstawia się gonitwy i powiedziała, że ona stawia Reverse Forcast tzn. wybiera dwa psy które skończą na miejscach 1 i 2 w jakiejkolwiek kolejności (wszystkie rodzaje obstawień były oczywiście na pierwszej stronie książeczki).

Poszedłem więc do kasy postawiłem 3euro Reverse Forcast na psy o imionach Danzig nr.3 (wiadomo - Polski Gdańsk) i Delmonte Mile nr.2 (skojarzył mi się z tym, że nastepnego dnia miałem biec zawody na 10mil). Zdziwiłem się, że jak stawiam 3 euro to muszę zapłacic 6, ale żeby nie wyjśc na żółtodzioba i sknerę zapłaciłem i poszedłem na trybunę żeby zobaczyc jak tracę moje 6euro.

Po sygnale zakończyło się obstawianie. Chwilę później puszczony został „sztuczny zając”, a po otwarciu boksów psy rzuciły się do gonitwy. Były tak szybkie i zwinne, że dobrze było oglądac je w pełnym sprincie. Od początku jeden z moich psów Danzig wyszedł na prowadzenie, potem zaczął go gonic Delmonte Mile i w takiej kolejności dobiegły na metę. Dystans 480 metrów (525 yardów) zwycięzcy zajął 29,40 sekund. Byłem w wielkim szoku gdy „moje” psy dobiegły jako 2 pierwsze, a jak dowiedziałem się że za 1 euro na Delmonte Mile dostane 50 i mnie i wszystkim znajomym opadły szczęki:) Miałem 150 euro po obstawieniu w sposób jak najbardziej przypadkowy, pierwszy raz na wyścigach, pierwszy raz obstawiając, nie wiedząc nawet gdzie i w jaki sposób się to robi! Po prostu szczeście, czy jednak wybór?:)

Po tej wygranej wygrałem jeszcze jedynie w biegu 10-tym który zwrócił mi koszt poprzednich 5 przegranych i w dobrym humorze po miło spędzonym wieczorze, wykończony kibicowaniem z bilansem 150 euro na plusie poszedłem do domu. Pewnie jeszcze kiedyś tam wrócę z grupą, bo jednak najlepsza zabawa jest wtedy, gdy zawsze ktoś ze znajomych wygrywa.

Następnego dnia sam miałem biegac zawody na 10 mil (16,09km), ale to zupełnie inna historia...


Link dla hazardzistów: TU :)

wtorek, 6 maja 2008

Deszczowo-słoneczne wrażenia z Belfast Marathon 5/05/08

Gdy przybyłem do Belfastu padał gęsty deszcz i wiał zimny wiatr. Wyjście z dworca autobusowego wydawało się nie lada wyzwaniem, poza tym autobus do biura maratonu miał byc podstawiony przez organizatorów za pół godziny. Stwierdziłem, że przeczekam na dworcu.

O ustalonej godzinie spory tłumek osób wygladających na biegaczy zaczął się kłębic obok jednego z autobusów. Zapytałem, wsiadłem, po kilku minutach, gdy dotarliśmy do parku opuściłem autobus i podążyłem za innymi w kierunku biura. Biuro znajdowało się w duzym namiocie do którego się wchodziło bez, a wychodziło z reklamówką w ręce. W sumie, nic nadzwyczajnego mnie nie uderzyło oprócz tego, że jakoś za szybko to wszystko poszło (może dlatego, że wydawanie numerów rozłożone było na 3 dni na miejscu były raczej pustki). Stwierdziłem, że muszę poszukac w parku jakiegoś suchego miejsca, gdzie mógłbym usiąśc (hmm, chyba trochę mi się poprzewracało w głowie po półmaratonie berlińskim...). Przypadkiem znalazłem w rozarium całkiem przytulną altankę, gdzie mogłem rozpakowac tajemniczą reklamówkę, przekąsic coś z zapasów i posłuchac śpiewu ptaków. Potem wróciłem w miejsce, gdzie wypluł nas autobus, poczekałem, wsiadłem, dojechałem, wysiadłem znów w centrum.

Po tym jak zostawiłem torbę w hostelu zrobiłem sobie wycieczkę po centrum, żeby zlokalizowac miejsce startu i trochę lepiej poznac miasto. W międzyczasie przestało padac i Belfast od razu wydał się bardziej przyjazny. W tym dniu akurat trwał festiwal uliczny (Festival of Fools) więc na pracach grupy cyrkowo-teatralne robiły wszystko, żeby rozśmieszyc przechodniów.

Dopiero wieczorem wróciłem do hostelu, żeby odpoczywac i uzupełniac węglowodany.

W poniedziałek po 8:00 potruchtałem na start i oddałem torbę do depozytu. Przypadkowo spotkałem też kolegę z klubu Eda McEntee, który nastawiał się na wynik poniżej 3 godzin.

Chwilę porozmawialiśmy, po czym każdy udał się na swoją rozgrzewkę.

Wystartowaliśmy o 9:00, a skończyłem po około 3:32. Sam maraton nie przypadł mi do gustu. Pewnie głównym powodem był brak przygotowania (Po powrocie z Berlina musiałem odpuścic kilka treningów z powodu choroby i brakowało mi długich wybiegan). Drugim czynnikiem deprymującym była trasa, która przez 1 połowę składała się głównie z długich łagodnych podbiegów i krótkich stromych zbiegów, więc miałem wrażenie, że biegnę ciągle pod górę. Malowniczośc trasy też pozostawiła wiele do życzenia- szczególnie ok 25-35km po ścieżce rowerowej wzdłuż autostrady, a potem po wyludnionych drogach portowych.

Wielkim plusem na pewno byli kibice, których szczególnie pod koniec nie brakowało. Wielu z nich z pewnością zdarło sobie gardła tego dnia, a landryna którą udało mi się dostac od jednej z kibicujących dziewczynek uratowała mnie przez gwałtownym spadkiem cukru (na większości oficjalnych punktów tylko woda- tylko na ostatnich 2-3 napój izotoniczny).

Trochę zabiła mnię pogoda- zimny poranek spowodował, że za ciepło się ubrałem, a gorąca, słoneczna końcówka wycisnęła ze mnie ostatnie poty.

Jeszcze z akcentów którymi nie należy się chwalic to na 23 mili, gdy już zabrakło mi sił zacząłem 'chodzonego', ale gdy przetłumaczyłem sobie, że w ten sposób wydłużam swoje męki przeszedłem do truchtu i z ten sposób zakończyłem swój 34 maraton. A wracając do wyniku, to nie mógł byc inny. Tydzień wcześniej przebiegłem Yasso800 między 3:29 i 3:35, a Yasso zwykle nie kłamie.

Edowi natomiast nic nie przeszkodziło zając 15 miejsca i wykręcic swojej życiówki w granicach 2:40, więc pewnie dla innych osób ten maraton był bardziej udany.


Strona organizatorów BELFAST MARATHON

wtorek, 30 października 2007

28 Edycja Maratonu w Dublinie zakończona -relacja Kuby

O 6:30 obudził mnie budzik i chłód. Na dworze ciemno jak w środku nocy, wieje wiatr. Przestawiłem budzenie o 30 minut i przewróciłem się na drugi bok...

Drugi alarm, sprawdzam która godzina i stwierdzam, że tym razem trzeba wziąc się za siebie i opuścic ciepłe łóżko, zjeśc sniadanie i dojechac na linię startu. Dojechac- tylko jak? Kierowcy autobusów jeszcze pewnie przewracają się na drugi bok- w końcu jest święto...

Wyszedłem. Gdy byłem w drodze na przystanek (z którego i tak nic nie pojedzie) nagle podjechał do mnie samochód. W środku biegacz. Potrzebuję dojechac na start? Tak. W lepszym humorze wskakuję w samochód. W rozmowie z kierowcą dowiaduję się, że jako jeden z kilkunastu osób ukończył wszystkie 27 edycji maratonu dublińskiego. Opowiada też jak z latami zmieniała się trasa biegu i przyrastała liczba uczestników (podobno pierwsza edycja zgromadziła około 2000 osób).

Po tym jak wysiadłem z samochodu poczułem chłód, choc byłem jeszcze dośc ciepło ubrany, a do startu o 9:10 zostało jakieś półtorej godziny. Mimo wszystko przebrałem się w krótkie leginsy, koszulke z długim rękawem + singlet klubu Sportsworld Terenure z którym biegam w Irlandii, zostawiłem rzeczy w depozycie i dygocząc z zimna przy każdym podmuchu wiatru udałem się w stronę strefy startu.

Na początek w boksie było nas parę setek więc udało mi się ustawic blisko linii startu. Potem nastąpiło długie oczekiwanie na kolejnych 10.000 biegaczy, w czasie którego zmarzły mi nogi i palce u stóp. Chciałem jak najwcześniej zacząc biec, żeby się rozgrzac. W końcu około 9:00 wystartowała Elita Kobiet, chwilę później wózkarze. Przyszła 9:10- sygnał startera i armia biegaczy zaczęła przetaczac się szerokimi ulicami Dublina.

Do pokonania 26,2 mili (42,195 km). Pierwsze 3 mile (1 mila = około 1.6 km) prowadziły przez ścisłe centrum miasta. Na ulice wyległy tłumy, żeby oglądac nasze zmagania i zagrzewac do walki.

Zacząłem zgodnie z planem 7:20 minut na milę (czyli około 4:33 minut na kilometr). Wybrałem liczenie mil, bo na poprzedniej edycji tablice z ich oznaczeniem były bardziej widoczne i częstsze niż oznaczenia kilometrów (co 1 mile i co 5km). Oprócz tego szybko mijał mi czas na przeliczeniach z kilometrów na mile, przez co się nie znudziłem. Po jakichś 4 milach wbiegliśmy do Phoenix Parku i poczułem, że zaczynam się rozgrzewac. Bieg po znanych mi parkowych drogach minął bardzo szybko i około oznaczenia 8 mili opuściliśmy park. Znowu biegliśmy ulicami miasta, a co parę metrów stały grupki kibiców w tym też osoby z mojego dublińskiego klubu. Na każdej kolejnej mili słyszałem „Go Sportsworld!” albo „Good job Jakub!”, co dodawało mi sił. Na 14 mili (ok.22,5 km) zauważył mnie Tony, który następnie towarzyszył mi na rowerze do mili 15-tej. W końcu słońce zaczęło grzac tak bardzo, że ściągnałem koszulkę z długim rękawem i rzuciłem ją Toniemu na przechowanie, a zostałem w singlecie. Potem Tony zawrócił, żeby wspomagac innych biegaczy z klubu.

Od 15 do 17 mili przebiegałem przez Terenure – dzielnicę w której mieszkam i trenuję. Tutaj kibiców Sportsworldu było chyba najwięcej. Tu też umówiłem się z Marcinem i Dominiką, że podadzą mi banana i izotonik. Dobrze było ich zobaczyc w umówionym miejscu. Choc nie byłem głodny wciągnąłem profilaktycznie banana, wypiłem 2 łyki napoju i rwałem dalej do przodu. Po kilku zbiegach na 19 mili zaczął się długi, niezbyt stromy podbieg na którym starałem się utrzymywac stałe tempo. Nie patrzyłem na zegarek, więc gdy sprawdziłem czas przy 21 mili nie byłem pewny czy pomyliłem się w obliczeniach, czy naprawdę tak wolno biegłem.

Na szczęście następny odcinek prowadził z górki. Poczułem, że zbliża się ściana i zacząłem przygotowywac się psychicznie do uderzenia. Miałem walczyc ze swoją słabością, ze swoją życiówka, z życiówkami Mariusza i Artura... no i na 22 mili (35 kilometr) rąbnąłem w ścianę, tak że musiałem zwolnic, nogi bolały, z trudnością oddychałem. Ale na szczęście walnąłem w nią z takim impetem, że jakieś 1,5 mili (ok. 3km) dalej po ścianie zostały tylko gruzy. Na mili 23 po raz kolejny mój support team - Dominika & Marcin zaaplikował mi izotonik, co mnie orzeźwiło. Marcin udokumentował też moje przebijanie się przez ścianę (poniższe foto). Na 2 mile przed metą zacząłem znowu przyspieszac. Stwierdziłem, że teraz albo nigdy. Wiedziałem, że jak wytrzymam to swoją zyciówkę będę miał w kieszeni, ale żeby pobic życiówkę Artura będę musiał jeszcze mocno powalczyc. Już nie obchodził mnie zegarek to była walka z bólem i psychiką. Na szczęście znowu byłem w centrum miasta. Znów tłumy, dla których jest się widowiskiem, znów krzyki zagrzewające do walki, znów znajome ulice. Jeszcze tylko 2 zakręty. Mijam wejście do Trinity College, Grafton Street, ludzie za barierkami biją brawo. Ostatnia prosta! Nie – jeszcze jeden zakręt do mety. Cholera, teraz to już biegnę ile da fabryka, najwyżej mnie zgarną na mecie do karetki... Zakręt i jakieś 100 metrów dalej Meta.

Staję. Na zegarze chyba widziałem 3:10:35, spoglądam na swój zegarek – 3:10:14. Wiem, że pobiłem siebie i Mariusza, z Arturem nie mam pewności. Gdy zaczynam iśc nogi się pode mną uginają. Na tą życiówkę czekałem od 2004 roku. Dziwnie się czuję. Endorfiny atakują znienacka. Zaczynam śmiac się sam do siebie. Nie potrafię nad sobą zapanowac. Dziewczyna z obsługi patrzy na mnie z pobłażaniem, ale też uśmiecha się gratulując i wręczając mi medal. Chichram się i zataczam na zmęczonych nogach. Muszę wziąc swoje rzeczy ubrac się ciepło i gdzieś usiąśc na chwilę. Atak śmiechu mija mi po parunastu minutach, ale pobudzony jestem aż do końca dnia.

Po tym jak chwilę posiedziałem spotkałem Michaela z klubu. Wyglądał na wycieńczonego. Też zrobił życiówkę 3:22, ale chyba nie podziałało to na niego tak jak na mnie. Chwilę później zebraliśmy się z placu boju, a już w okolicach domu ponad 4 godziny od startu widziałem jak niektórzy chodziarze mijają swoją 16 milę... No i tak zakończylem mój ostatni maraton w tym roku.

Jak w poprzednim roku zawody wygrał rosyjski duet Aleksey Sokolov (z rekordem trasy 2:09:07) i Alina Ivanova (2:29:20). Pierwszy wśród Polaków okazał się Bogdan Dziuba (9 miejsce z czasem 2:22:05). Na starcie stanęło około 11.000 osób.

Więcej na temat maratonu TU.

sobota, 18 sierpnia 2007

Bieganie w Dublinie. Gdzie?

Poniższe kilka przykładów to wskazówka dla tych, którzy wybierają się lub przyjechali do Dublina i nie znaleźli jeszcze miejsc odpowiednich na treningi biegowe.

Jelenie na trasie czyli Phoenix Park


Właśnie skończyłem 20 kilometrowe wybieganie. Około 5km dobieg do Phoenix Parku, 10km pętla i powrót. Chociaż typowa irlandzka pogoda (czyt. ulewa z krótkimi przerwami) nie zachęca do wychodzenia z pubu to w tym parku zawsze spotka się jakichś biegaczy.

Phoenix Park to największy park w Dublinie i w Irlandii (Irlandczycy twierdzą, że w Europie). Usytuowany jest na zachód od centrum miasta. Większośc powierzchni to łąki i boiska, ale można znaleźc tu też kawałek lasu i kilka górek. Organizowana jest tu seria biegów przygotowująca do Maratonu Dublińskiego (5 mil, 10 mil i półmaraton). Każdy bieg gromadzi kilka tysięcy uczestników. W parku mieszkają jelenie które można czasem spotkac podczas treningu.


Góry Wicklow


Jedną z moich ulubionych tras biegowych w okolicy Dublina jest Wicklow Way. Będąc niezmotoryzowanym dotarcie w góry może się wydawac trochę skomplikowane, lecz udało mi się znaleźc kilka miejsc z których można pobiec w góry.

Warianty dłuższych wybiegań (ok 25-35km) po Wicklow Way to Glendalough- Enniskery, Marley Park- Enniskery. Ostatnio odkryłem też opcję 20 km start w Terenure, wbieg na 3 Rock Mountain (na zdjęciach widoki ze szczytu) i powrót. Jednak żeby dobiec w góry trzeba niestety pokonac parę kilometrów betonowych chodników.
Niezaznaczonych szlaków nie polecam, bo zwykle ścieżki kończą się na terenach prywatnych których właściciele mogą nie byc przyjaźnie nastawieni do intruzów (z własnych doświadczeń). Organizatorem biegów górskich w Irlandii jest IMRA.

Dojazd do Glengalough- St. Kevin's Bus Service/ Enniskery- autobusy 44/ Marley Park (Grange Road)- 16 lub 16A (najlepiej spytac kierowcę)



Bushy Park


Dośc mały park (w obwodzie ok. 5-7 km) w którym trenuje kilka klubów biegowych. Czasem jest bardzo tłoczno i trzeba uważac na biegaczy, rowerzystów i spacerowiczów. W Bushy Park biegac można raczej krótkie odcinki (interwały, sprinty, fartlek itp.) Żeby nie zostac stratowanym i pobiegac w grupie najlepiej dołączyc do któregoś z klubów (np. Sportsworld Terenure trenuje we wtorki i czwartki o 19:00). Dobrą widokowo trasą jest też kawałek wzdłuż rzeki Dodder od mostu LUASa do Bushy Parku (około 4-5km).


Z Clontarf do Dollymount Beach (wiatr w plecy- wiatr w twarz)


Jak ktoś mieszka blisko zatoki z pewnością biega po promenadach. Jedyne miejsce które pod tym względem sprawdziłem to droga z Clontarf w kierunku Howth do drewnianego mostku na Dollymount Beach. Trasa dla tych którzy lubią zmagania z wiatrem. Tutaj wieje on chyba zawsze. Z tym, że biegnąc w stronę Howth biegnie się z wiatrem, a wraca się pod wiatr, więc końcówka treningu jest bardzo wymagająca. Trzeba też uważac na rowerzystów, bo przebiega tu bardzo szybka ścieżka rowerowa, na której jadąc z wiatrem sam lubię mocniej nacisnąc na pedały.


Inne ciekawe linki: BHAA, RUN IRELAND, AAI

wtorek, 3 kwietnia 2007

Wzgórza, trawa, kamienie i owce czyli... Sam na sam z Connemarą - relacja Kuby

Autobus o świcie wyruszył spod katedry w Galway w kierunku wzgórz. Już nie ma odwrotu, z drugiej strony na wesołych twarzach dyskutujących ze sobą pasażerów nie widać oznak niepewności. Dla większości z nich to nie pierwszyzna. Robi się jasno, mijamy piękne widoczki, ale celowo nie patrzę w okno. Jeszcze będę miał czas, żeby je podziwiać. Dużo czasu.

Pierwszy przystanek to hotel w Oughterard. Tu możemy zostawić nasze smakołyki i odżywki, bo organizator na trasie zapewnia tylko wodę i ciasteczka. W pudła z oznaczeniem od 26 mili wzwyż wrzucam po bananie, do tego izotonik na 26 i 32 mile (42km i ok. 50km). Potem krótka odprawa z której najważniejsze, co trzeba zapamiętać to: Na skrzyżowaniach biegnij w prawo! W hotelu spotykam Wieśka Sosnowskiego, którego poznałem na maratonie w Longford. Niestety nie udaje mi się z nim zjeść całego wysokooktanowego irlandzkiego śniadania. W jakieś 3 minuty pożeram 2 tosty kiełbaskę i black pudding (plasterek tutejszego krupnioka), życzę Wieśkowi powodzenia w maratonie i biegusiem do autobusu. Autobus wiezie nas dalej na zachód, na coraz większe odludzie.

Kolejny przystanek Maam Cross czyli meta półmaratonu, maratonu i ultra (63km). Tu zostawiam torbę w depozycie i udaję się na start.

Przed 9:00 na linii startu uczciliśmy minutą ciszy pamięć Franka Hainesa- biegacza, któremu rok wcześniej nie było dane dobiec do mety.

No i nastąpił start. Można było w końcu napawać się widokiem. Connemara to nadmorska kraina na zachodzie Irlandii. Malownicze wzgórza, przypominające gigantyczne kopce, porośnięte trawami i krzewami, przedzielone szerokimi dolinami. W dolinie jeziora, rzeczki i ...pustka, sporadycznie zakłócona jakimś zabudowaniem. Słońce, które w tym rejonie podobno jest rzadkością zaczęło grzać, równoważąc podmuchy zimnego wiatru znad Atlantyku.

42 kilometry przeminęły głównie na samotnym podziwianiu widoków. Potem widoczki już troszkę się opatrzyły i zaczęła się niepewność, co do własnych możliwości. Rozwiały się jednak po 29 mili (ok 47 kilometr), kiedy ciągle miałem trochę sił w nogach, nie miałem kłopotów żołądkowych, ani nie byłem głodny. Do tego zacząłem swoim żółwim tempem mijać chodziarzy, którzy dopingowali do dalszego biegu. Na około 3 kilometry do końca widać już było metę i euforia wzięła górę. Czułem się podobnie jak zbliżając się do mety swojego pierwszego maratonu...

Na mecie rozbawił mnie spiker, który miał wielkie trudności z wymówieniem mojego nazwiska i w końcu biedak po paru próbach się poddał, przeliterował i dodał, że pewnie biegacz z Polski. Finiszowałem po 6:42 godzinach. Zwycięzca ultramaratonu Martin Rea skończył w czasie 4:22:01, a najlepsza ultramaratonka Helena Crossan w czasie 4:52:20.

Wieśka Sosnowskiego nie spotkałem, ale w wynikach był drugi wśród maratończyków z czasem 2:33:42. Wyprzedził go tylko Brazylijczyk Ismael Pereira Da Silva (2:32:32). Najlepszą kobietą w maratonie była Brytyjka Sharon Daw (3:17:12).

...no a wyżej tytułowe owce (niektóre z pofarbowaną wełną!?) pasły się i miały wszystkich biegaczy w głębokim poważaniu. Dosłownie- ani be, ani me...

niedziela, 28 stycznia 2007

Howth (IRL) - 8,5 km 27.01.2007 - Relacja Kuby

Howth - polwysep oddzielajacy na polnocy Zatoke Dublinska od Morza Irlandzkiego. Miejsce malownicze dzieki wzgorzom, okolicznym malym wysepkom, portowi jachtowemu i kilkunastometrowym nadbrzeznym klifom. Wlasnie tu mial miejsce 8,5 km bieg Stowarzyszenia IMRA (Irish Mountain Running Association) w ktorym postanowilem sprobowac swoich sil.
Zapisy prowadzone byly w domku klubu golfowego. W okolicach startu, na pobliskim boisku dzieci wraz ze swoim trenerem cwiczyly typowe irlandzkie gry zespolowe - Gaelic football i hurling.
Trasa skladala sie z 2 petli po okolicznych wzgorzach. Po starcie po paruset metrach droga zamienila sie w waska blotnista sciezke, poprzecinana co jakis czas strumykami. Przebiegajac przez rzeczki zawodnicy na moment grzezli w blocie co powodowalo ze wpadali na nich goniacy. Po grzaskim odcinku zaczynal sie pierwszy podbieg na ktorym bylo wystarczajaco szeroko aby w koncu dalo sie wyprzedzac, choc nie bylo to latwe ze wzgledu na stromizne (ok 45 stopni nachylenia). Na szczescie gorka nie byla zbyt dluga, a nastepne byly o wiele lagodniejsze. Po kazdym podbiegu na uczestnikow czekal szalony zbieg w dol. Taki bieg w gore i w dol niezle dal sie we znaki plucom i lydkom.
Na mecie zajalem 22 miejsce wsrod 100 uczestnikow z czasem 42:39 (jakies 10 minut za zwyciezca) i tym samym odbebnilem swoj pierwszy start w nowym roku. A TU znajdziecie pare fotek ktore pstrykal Marcin.